poniedziałek, 7 kwietnia 2014

FIIO X5 - Flagowiec w rozsądnej cenie



No i jest, trafił wreszcie w moje łapki. Kolejny gorący towar, tym razem od FIIO. Wszyscy pewnie pominą akapity związane z obsługą, historią firmy i polecą na złamanie karku do opisu dźwięku. Chciałbym w związku z tym ogłosić, jako, że ze mnie złośliwa bestia, że go nie będzie. O, tak będzie dużo opisów, elipsy i porównania, ale o dźwięku nic nie napiszę. Za to naślę na Was...Aaa nie, stop, to nie ta bajka. Dobra, więc opis dźwięku tam gdzie zwykle.

FIIO sukcesywnie przebija się do czołówki liczących się w mobilnym audiofiliźmie producentów. Najpierw bardzo udany model X3, teraz jeszcze bardziej udany model X5. Widać, że ktoś kto nad nim pracował słuchał klientów. Ale po kolei.




Urządzenie przychodzi do nas w czarno-czerwonym opakowaniu. W środku znajdziemy niezbędne akcesoria, silikonowy, dopasowany futerał no i samo urządzenie. Boshh ależ on wielki. I jaki ciężki. Ale od razu widać, że nie ma tutaj miejsca na przypadki. Wszytko jest idealnie zaplanowane i rozplanowane. Silikon ma nawet zatyczki na nieużywane porty! Przyciski pracują z delikatnie wyczuwalnym oporem, kółko nawigacyjne jest znanym z iPoda rozwiązaniem. I tutaj, w przeciwieństwie do HM-901 pracuje dokładnie tak jak powinno. Da się? Oczywiście, że się da. X5 od pierwszego kontaktu zachowuje się jak urządzenie do sprawiania przyjemności, a nie jak mnisie sandały ascety audiofila. Wszystko działa jak działać powinno, z niczym nie problemów, menu jest genialnie płynne, intuicyjne i funkcjonalne. Przejście z HM-901 do X5 jest jak złapanie świeżego oddechu po wyjeździe z Górnego..znaczy z obszarów przemysłowo-kopalnianych. 



Urządzenie poza odtwarzaniem muzyki, może też działać w trybie usb DAC, służyć za transport SPDIF (COAXIAL), jako źródło (Line OUT), lub po prostu bank kart. Samo X5 wprawdzie nie ma wbudowanej karty pamięci, ale ma aż 2 banki (zupełnie jak AK120) kart microSD, i działa z kartami dowolnej wielkości. Dzięki dwóm procesorom, nie ma sytuacji w której by się X5 mógł zaciąć, czy choćby zwolnić. Znowu jak powiewe świeżej bryzy przy HM-901, który jest w tej materii żywym dowodem na poparcie teorii zombie. Ba, X5 jest sporo szybszy nawet od AK120. Poruszanie się po menu było, jak już wspomniałem wcześniej, czystą przyjemnością. GENIALNE !!! 



No dobra, posłuchajmy go. W odsłuchach brały udział:
Lime Ears LE3SW, Bayerdynamic T70, Sennheiser HD565 Ovation, Etymotic ER4S, HiFiMAN  HE-5LE
HiFiMAN HM-901

X5 + Lime Ears
Pierwsze co się rzuca w uszy to ilość basu. Kickbasu. Jest go na tyle dużo, że uruchamianie przełącznika w LE3SW nie jest koniecznie. Ba, nie jest wskazane nawet. Kolejna rzecz to rozdzielczość. Jest jasno i rozdzielczo. Zestaw gra dosyć bezpośrednio, wypychając średnicę i midbasy w kierunku słuchacza. W porównaniu do HM-901 zdecydowanie czytelniejsze są wysokie tony. Jakby w HM-901 były cofnięte. Za to scena w HM-901 jest generowana zdecydowanie lepiej. W X5 wszystko stoi w jednej płaszczyźnie, podczas gdy HM-901 delikatnie ją zakrzywia, stawiając przy słuchaczu wokalistę/tkę a instrumentarium rozstawiając w lekkiej odległości. X5 robi to bardziej bezpośrednio. X5 daje wrażenie bardzie mocarnego i nasyconego brzmienia. HM-901 jest bardziej stonowany i dojrzały, mniej krzykliwy. Wydaje się jakby X5 miał bardziej naturalną barwę. Bardziej w kierunku AK.




X5 + Beyerdynamic T70
FIIO nie miało najmniejszych problemów z opanowaniem tych, przecież 250Ohmowych słuchawek. T70 pokazały swój charakter już od pierwszych dźwięków, podając bardzo szczegółową górę i miekki, ale szybki jak błyskawica bas. Wokale delikatnie cofnięte względem linii pozostałych instrumentów. HM-901 okazał się w tym połączeniu jednak profesorem. Góra idealnie rozdzielcza, bas poza miękkością dostał jeszcze uderzenie. Wokale znowu są na pierwszej linii otoczone towarzyszeniem pozostałych instrumentów. Daje się również odczuć zdecydowanie więcej powietrza i przestrzeni w nagraniach na HM-901. X5 momentami tracił kontrolę nad basem, ale to tylko w sytuacjach esktremalnych.



X5 + HD565 Ovation
Dziadki z Sennheisera okazały się być idealnym wręcz kompanem dla X5. Połączenie w którym X5 nie ma problemów z niczym. Góra jest precyzyjna i szczegółowa, bas delikatnie cofnięty (w HM-901 pojawia się momentami dudnienie), scena szeroka i dobrze napowietrzona, a w HM-901 przekaz bezpośredni i zagęszczony. Dobre rozłożenie dźwięków na boki. przekaz praktycznie płaski, bez narzutów. Świetny.

X5 + Etymotic ER4S
Kolejne świetne połączenie. Szeroko. Bas z niesamowitą wręcz jak na te słuchawki energią. Holografia jak to w Etach, świetna, to samo wokale. Delikatna sybilizacja. W HM-901 jako dodatek pojawia się jeszcze głębia scena i efekty 3D w postaci niesłyszalnych wcześniej dźwięków nad słuchaczem lub za nim. Bas zszedł niżej i stracił trochę na energii. 



X5 + HE-5LE
O ile z HM-901 jest prawie wzorowo (mówimy o wersji niezbalansowanej), o tyle w X5 w sytuacji nagromadzenia informacji pojawia się chaos. Ale, zaskakujące jest to, że jest bas, jest zejście. Są szpileczki na górze. Na pewno nie da się powiedzieć, że to połączenie nie gra. Bo gra i to naprawdę nieźle. A jeśli tak małe urządzenie próbuje sobie radzić z takimi słuchawkami jak HE-5LE, to czapki z głów. Tak, tak wiem, HM-901 robi to dużo lepiej. Ale (i tu wpiszcie dowolny powód).

Podsumowanie
Krótkie. Ci którzy kupili to urządzenie w preorderze, zrobili interes życia. FIIO X5 jest świetne. Podoba mi się niezmiernie. Cenowo jest to deal życia. No i nie grzeje się nawet w połowie tak jak HM-901. 


Sprzęt, dzięki uprzejmości 

środa, 26 marca 2014

Ile wart jest dobry dźwięk? - Cube C30


Dzisiaj mam dla Was małe zaskoczenie. Kolejna recenzja sponsorowana wyłącznie przeze mnie :) Tym razem jednak nie będzie to DAP o napędzie subatomowym, zbudowany ze szczerego złota. Tym razem będzie to Cube C30, klon Nationite N2 i HiSound Rocco A. Urządzenie na licencji BBE, firmy od lat zajmującej się optymalizacją cyfrowych źródeł dźwięku, w celu uzyskania jak najlepszej jakości. No i Cube C30 jest podobnież jedynym chińskim grajkiem wyposażonym w silnik tejże firmy. W co poza tym jest wyposażony Cube? W procesor Sigmatel 3770 (dokładnie ten sam co w StudioV od HiSound Audio), wzmacniacz Maxim Max9722, gniazdo kart microSD i 4GB wewnętrznej pamięci. A to wszystko za przerażające 48,99$, plus koszty wysyłki i kara dla Urzędu Celnego. Wyglądu urządzenia oceniał nie będę. Sami widzicie, czy się podoba czy nie. Dla mnie co się ma świecić, się świeci, a co ma być matowe, też się świeci...



W pudełku, bardzo eleganckim, muszę przyznać, znajdziemy kabelek do synchronizacji przez usb, ładowarkę, instrukcję po chińsku i słuchawki douszne, które, jak stwierdziłem ze zdziwieniem - grają! I to w sumie tyle na temat akcesoriów. Zestaw typu dokładnie minimum. Ale też nic nie brakuje, więc i nie ma specjalnie o czym pisać. Urządzenie dostałem prawie naładowane, więc nie czekałem na nic więcej, i od razu je uruchomiłem. W urządzeniu producent pozostawił 3 utwory mp3 w celu demonstracji możliwości urządzenia. Radzę to od razu skasować. Demonstruje szumy i miauczenie jakieś. Oj ciekawy byłem co toto potrafi. Po uruchomieniu przeżyłem lekkie deżawi...menu już skądś znane. Tiaa, HiSound Studio V. Znaczy będzie upiornie...I niestety jest. Domyślnie zamiast ludzkiego języka mamy wschodnie domki, i nic z tym nie da się zrobić, po prostu trzeba się nauczyć, gdzie się zmienia język na angielski. Na szczęście urządzenie jest stabilne, więc resety i przywracanie domyślnych ustawień nie grozi nam zbyt często. Podczas buszowania po menu zdziwiło mnie bardzo, że tak naprawdę C30 jest wyposażony w odbiornik FM i dyktafon. Łaaał, tylko po co? Aaaa, wiem, WojtekC, wspominał nie dawno, że AK100 jest do dupy, bo nie ma radia. Znaczy C30 do dupy już nie jest, bo radio ma. I nawet łapie fale, da się posłuchać. Tylko nie wiem po co...bo jakość fatalna.



Ergonomia i konstrukcja menu, to koszmar, dokładnie taki sam jak w HiSound Studio. Już wolę toporne i siekierą ciosane menu w HM-901. Chociaż tak naprawdę to nie wolę żadnego z nich, bo użytkowo to koszmar nad koszmary. Zupełnie jakby projektanci z poza europy uznali, że audiofil to asceta i pustelnik, który musi pokutować. No dobra, ale w końcu da się ustawić wszystko na czym nam zależy, włącznie z zegarkiem, z którego korzystanie wymaga rolki plastra i wody utlenionej. Masakra. W tym momencie mała dygresja. Całkiem mocno rozbudowane jest menu BBE, w którym możemy skonfigurować wszystkie ustawienia tego silnika(procesora) dźwięku. Delikatnie rzecz ujmując, możemy doprowadzić do prawie każdej skrajności w odtwarzaniu dźwięku. Ale możemy też, umiejętnie sterując 5cioma parametrami, doprowadzić do sytuacji, kiedy przynajmniej w moim przypadku, powiemy - Wooow, to naprawdę potrafi grać. Co więcej, to ma całkiem sporo mocy, jak na taką pastylkę (130mW przy 32Ohm).



Do C30 podłączyłem sobie Lime Ears LE3SW, AKG Q701 (a co!), i Tascamy, które pewnie niedługo też opiszę. Jedyny niepokojący fakt to znikająca w oczach bateria. O tak, im większe słuchawki, tym krócej się pobawimy. A C30 nie umożliwia niestety słuchania w trakcie ładowania (sic!), więc, mniej więcej co 5 godzin, mamy przerwę, tak na oko 2 godziny, na naładowanie. Jeszcze jedna mała dygresja. C30 nie pamięta (wybiórczo niestety) ustawień po włączeniu. Tzn. Jeśli dokonamy konfiguracji modułu BBE, to tą konfigurację zapamięta. Nie zapamięta jednak czego słuchaliśmy i czy BBE było włączone. A niestety z wyłączonym BBE to jest chyba najmniej ciekawy player z jakim miałem do czynienia. Także, po włączeniu urządzenia, pędzimy do menu, aby włączyć sobie BBE, następnie szukamy czego chcemy posłuchać i lecimy. Na pewno mocno  zdziwiony jestem, że C30 poradził sobie z Q701. Fakt są one zmodowane, jednak pomimo tego, ten fakt i tak jest zaskakujący i godny podziwu.



Cube C30 gra bardzo dobrze. Patrząc przez pryzmat ceny, gra wręcz rewelacyjnie. Genialnie. Ważne, żeby nie zapomnieć o silniku BBE, który jest tutaj największą wartością dodaną. Dźwięk jest dynamiczny, scena ma doskonale poukładane plany. Tonalność, z racji możliwości konfiguracji silnika, może się zmieniać od bardzo liniowej do mocno funowej V-ki. Tak naprawdę to regulacja jednego parametru, już po włączeniu silnika (BBE Freq), a bardziej maksymalne jego obniżenie, wyrównuje nam pasma. Pozostałe parametry porafią już tylko popsuć, więc pozostawiłem je w ustawieniu domyślnym. Dzięki temu głośność 20, na skali do 31, w przypadku Q701 i 12 w przypadku Lime Ears to już naprawdę komfortowo głośno.



W brzmieniu C30 tak naprawdę najbardziej zaskoczyła mnie rozdzielczość i dynamika (BBE on). Faktycznie na Q701 nie ma tego efektu, który jest na Cayin HA-1A czy choćby na HM-901, a mianowicie uderzenia fali dźwiękowej przy najniższym basie, które bardzie czuć niż słychać, mimo to odsłuchy tego zestawu nie są jakimś specjalnym umartwieniem z naszej strony. Jest bardzo dobrze. Do ideału brakuje niewiele. Przy wyższych głośnościach (od 25) czuć, że player zaczyna tracić rezon i zaczynają mu się zadyszki. Nie miałem jednak kompletnie potrzeby słuchać tak głośno. Na koniec muszę też zaznaczyć, że C30 delikatnie szumi. Słychać to oczywiście tylko na IEMach, ale jednak szum jest słyszalny. Nie obsługuje też poprawnie 24bitów(zupełnie jak HiSound Studio V) i formatu OGG(też jak Studio). Flac przyjmował bez żadnych problemów.

W obliczu tego wszystkiego muszę przyznać, że aktualnie w kategorii cena/jakość jest to najlepszy DAP jaki kiedykolwiek słyszałem, a w kategorii jakość ląduje u mnie w pierwszej 5tce. Funkcję portable DAPa spełnia świetnie i tak właśnie zamierzam go używać. Muszę tylko coś zrobić z tym krótkim życiem na baterii...Nie wiem, może kupię drugiego? W tej cenie to mogę, jeden będzie grał a drugi będzie się ładował. A ja tylko będę przekładał kartę z muzyką. A tak przy okazji, to karta ma 32GB i jest obsługiwana bez żadnych problemów. Co więcej - C30 nie skanuje karty przy każdym uruchomieniu, tak jak ma to w zwyczaju Studio V. No i gra na pewno lepiej niż wszystkie smarkfony do jakich miałem okazję podłączyć słuchawki (w tym SGS4 i srajfon 4S). Dźwięk na Lime Ears nie był tak wyprany...

wtorek, 25 marca 2014

HiFiMAN HM-901



Walczyłem, łaziłem, ale nikt się nie chciał zlitować, dlatego po lekkiej akcji wyprzedażowej, dzisiaj mam wreszcie okazję napisać recenzję urządzenia prosto z CHRL - HiFiMAN HM-901.

Na początek maluśki disclaimer - aby móc Wam opisać to urządzenie, musiałem pozbyć się kilku innych zabawek (w tym mojego AK120), dlatego warto zaznaczyć, że recenzja nie jest przez nikogo, poza mną, sponsorowana.



Z daleka
HFM przyzwyczaił nas już do poważnego pakowania swoich produktów. Tym razem nie chce być inaczej. Pudełko sugeruje, że zawartość to coś ekskluzywnego i wartościowego. Wewnątrz, poza samym DAPem, znajdziemy ładowarkę, kabel połączeniowy USB, kabel z wyjściem RCA i Coaxialnym. Zaskoczony byłem nietypowym, jak na dzisiejsze czasu złączem komunikacyjnym. W czasach kiedy wszystkie firmy dążą do unifikacji urządzeń ze standardem microUSB, umieszczanie własnego złącza komunikacyjnego jest cokolwiek dziwne i nieergonomiczne. Dodając do tego żenująco krótki czas życia na baterii, zmuszeni jesteśmy wszędzie ciągać ze sobą ładownicę. Ba nie wystarczy kabelek połączeniowy z USB, ponieważ HM-901 przez USB się nie naładuje. Tylko i wyłącznie oryginalna ładowarka i koniec. Na stronie polskiego dystrybutora brak niestety informacji o możliwości zakupu samej ładowarki...Za to na Head-Direct, kosztuje ona bagatela 69$. No to musi być jakaś zajebiście audiofilska ładowarka, skoro dając impulsowe zasilanie 8,4V kosztuje ona taki majątek. A to podobno iriver goli klientów. Wersja kupiona przeze mnie to standard + balanced card. Po cenie karty (299$) spodziewałem się jakiejś kosmicznej technologii. Zastałem 4 opampy opa627 i kilka elementów SMD (kondensatory i rezystory). Zaiste, warte swej ceny. No ale, dopóki inny Chińczyk nie skopiuje tego rozwiązania, to przyjdzie nam płacić frycowe. O ile będziemy chcieli czegoś więcej niż cegła z kółeczkiem.



Z bliska
HM-901 to sporych rozmiarów cegła. Dobry centymetr wyższy i kolejny centymetr grubszy od AK120. Przy pierwszym kontakcie rzucają się w oczy otwory do wentylacji wnętrza. Po dłuższym użytkowaniu okazuje się, że są one konieczne, urządzenie grzeje się całkiem mocno i z wnętrza wydobywa się milutkie ciepełko. Od frontu mamy jeszcze przyciski nawigacyjne i (nie)znany już z iPoda clickwheel, ochrzczony tym razem mianem tajczi łila. Jest to chyba (po potencjometrze) najdziwniejsza i najdziksza część odtwarzacza. Pracuje tak dziwnie, że próba przekręcenia jednym palcem, nie zawsze się udaje. Za to już jeśli weźmiemy kółeczko w dwa kciuki, kręci się elegancko. Kolejnym dziwnym elementem jest potencjometr. Zapomnijcie o jakiejkolwiek próbie zmiany głośności jednym palcem, jest to po prostu niemożliwe. Do tego skala ma aż 16 pozycji. Przy precyzyjnym, wprawdzie cyfrowym, potencjometrze znanym z AK120, ten wygląda jak finezyjne urządzenia do rąbania drewna, potocznie zwane siekierą. Z lewej strony urządzenia mamy przełącznik Normal/Balanced, który przydaje się w przypadku używania kazrty zbalansowanej oraz gniazdo kart SDXC, działające z pełną prędkością karty. Brawo. Wrzucanie 120GB muzyki na kartę z prędkością dochodzącą do 15MB/s to rzeczywiście coś w stosunku do marnych 5MB/s w AK. Brawo. Z prawej strony mamy suwak Power, przełącznik HD/Vintage (???), Przełącznik Low/High Gain oraz suwak blokujący działanie przycisków (?). Naprawdę ktoś wpadł na to, żeby w urządzeniu, w którym przypadkiem da się tylko wybić nim sobie zęby, zamontować lock/unlock.




Po tygodniu zrozumiałem - jest to JEDYNY fizyczny przycisk, który można przypadkiem przełączyć, ponieważ wystaje dość znacznie poza obrys urządzenia. Od dołu gniazdo komunikacyjne i suwaczek blokujący dostęp do baterii. Dobrze, że tam jest, bo w dziennie zdarza mi się kilkukrotnie wyjąć i włożyć baterię, tylko dlatego, że HM-901 stracił ochotę do rozmów ze mną. Na szczęście dzieje się tak tylko w przypadku, kiedy jedna playlista się skończyła i zaczynamy buszować po karcie w poszukiwaniu kolejnych utworów. Generalnie responsywność i ogólna ergonomia systemu to jakiś ponury żart. Coś, że niby prawdziwy audiofil powinien znieść to z uśmiechem na twarzy. Ale niestety kolejne próby uruchomienia ulubionego utworu zakończone niepowodzenie, skutecznie zniechęcają do dalszego używania sprzętu. Niby jest obsługa CUE, ale próba uruchomienia takiego pliku, u mnie skończyła się niepowodzeniem. Za to, informacja o braku gapless wydaje mi się trochę przesadzona.



Chociaż próbowałem, to nie wyłapałem przerw pomiędzy utworami z tej samej płyty. Zmiana odbywa się płynnie i praktycznie niezauważalnie. Gorzej z porozrzucanymi po katalogach plikami. Tutaj czasami słychać nawet trzaski w słuchawkach. W ogóle piski, trzaski i dziwne skrobanie, to dźwięki które nam towarzyszą podczas uruchamiania urządzenia i tak aż do uruchomienia pierwszego utworu (to się udaje na szczęście zawsze). Interface potrafi się też zawiesić, tak, że jedynym sposobem na przywrócenie go do działania, jest wyjęcie baterii. Na szczęście nie generuje wtedy żadnych dźwięków więc nie ma obaw o zdrowie. HM-901 umożliwia poza odtwarzaniem kolejnych utworów z katalogu, możliwość zapętlenia utworu lub katalogu/playlisty, odtwarzanie losowe z katalogu/playlisty i ... nic więcej. Playlisty budowane są automatycznie dla wybranego artysty, albumu lub gatunku. Mamy też możliwość odtworzenia wszystkich plików muzycznych znajdujących się na karcie (czy wspominałem już, że HM-901 nie posiada żadnej pamięci wbudowanej, dostępnej dla użytkownika?).



Z wnętrza
No dobra, użytkowo to sztuka klasy mega kupa. Dawno takiego koszmarka w rękach nie miałem. Serio. A dźwiękowo ? Do odsłuchów wykorzystałem:
Słuchawki: Lime Ears LE3SW (56Ohm - tryb Basowy lub 82 Ohm - tryb neutralny), HiFiMAN HE-5LE, HiFiMAN HE-300, Beyerdynamic T70
Jako odbiornik sygnału Coaxialnego - SabreDAC
Wzmacniacz do odbioru sygnału liniowego - FCL i Cayin HA-1A
Jako system referencyjny FCL + SabreDAC i AK120



Czy w takim razie Hm-901 gra od AK120 lepiej, bo pewnie to jest pytanie, na które od początku recenzji czekacie :) Nie. Gra inaczej. Nie gra też gorzej. Pierwsze co się rzuca w uszy przy zmianie, to podbite w HM-901 pasma midbasu i dolnej średnicy. Daje to wrażenie większej energii i dynamiki w stosunku do AK120. Jest bardziej efektownie. Ale jest też bardziej intymnie (takie słowo na łagodne określenie obcinania sceny). W porównaniu do dużych klocków, czy choćby AK120, HM-901 gra bardziej skondensowanym dźwiękiem. Oczywiście, plany poukładane są perfekcyjnie i żadne zło się nie dzieje. Jest po prostu węziej. Ale poza szerokością brakuje też trochę powietrza, co znowu daje delikatne wrażenie przyciemnienia. Poza tymi różnicami, jest jeszcze jedna. Wszystkie te poprzednie cechy wpływają na jedno - wrażenie niesamowitej mocy i energii w nagraniu. Jak to mawiali starożytni - jest pierdolnięcie. I to naprawdę potężne. Po pierwszych taktach swoich ulubionych utworów testowych miałem wrażenie, jakbym dostał do testów mocniejszego RSA Predator. Sygnatura dźwięku jest wręcz łudząco podobna. HM-901 zdecydowanie lepiej też współpracuje ze słuchawkami własnej produkcji. Szczególnie w trybie zbalansowanym. Zarówno brzmienie jak i kontrola jest bardzo dobra. Kompletnie nie ma wrażenie użytkowania sprzętu niestacjonarnego.



Podsumowanie
HiFiMAN wyprodukował stacjonarne urządzenie przenośne. W moim przekonaniu nie jest to portable, raczej zintegrowany system słuchawkowy, który powinien podróżować od gniazdka do gniazdka. W tej roli będzie się sprawdzał świetnie. Jako sprzęt portable już gorzej. Funkcjonalność jest na podobnym poziomie co w przypadku ColorflyC4 i niestety mocno odstaje od tego co prezentuje sobą seria Astell&Kern, czy choćby urządzenia od iBasso lub FIIO. Zupełnie jakby ktoś chciał żeby naprawdę dobre brzmienie każdy kto go zapragnie musiał odpokutować. Braki w oprogramowaniu czy stabilności to nawet nie Pięta Achillesowa, to aż cała noga, żeby nie powiedzieć więcej. Jednak dźwiękowi puryści będą usatysfakcjonowani. Im na pewno cierpienie związane z użytkowaniem HM-901 nie będzie przeszkadzać. Wszystkim innym polecam raczej urządzenia innych firm. Na koniec cena. Koszt 4449 za urządzenie w wersji podstawowej i aż 5749 za wersję z kartą zbalansowaną to jakaś masakra. O niebo bardziej funkcjonalny, grający na tym samym poziomie, AK120 został za cenę potraktowany jak sposób na dojenie klientów. W tym świetle HM-901 jawi się jako robienie sobie z klientów jaj. I to w pełnej krasie.


czwartek, 13 marca 2014

Uwaga! Pozor! Attention! Achtung! Alerte! PROMOCJA na AK10/A200p


Dzisiaj otrzymałem fajnego niusa od dystrybutora AK10/Beyerdynamic A200p, mp3store.pl, że na hasło audioivoodoo przy zakupie tegoż cudownego, małego i jakże uroczego kompana odsłuchów codziennych, możecie otrzymać 10% rabatu.

Akcja słuszna i jakże radosna! Zapraszam zatem!

ps. Artykuł nie był w żaden sposób sponsorowany, a info pojawiło się już po opublikowaniu i zdaniu sprzętu testowego.

środa, 12 marca 2014

Beyerdynamic A200p czyli po prostu AK10 od Astell&Kern


Poszukiwanie idealnego zestawu portable in progress chciało by się napisać. Nie jest to jednak do końca prawda, ponieważ o sprzedaży AK120 w moim przypadku nie decydowała chęć znalezienia czegoś lepszego. Ale o tym mam nadzieję napisać więcej po 20 marca. Skoro już AK120 cieszy nowego właściciela, to mnie przez jakiś czas pozostało słuchanie ze swoich "starych" przenośków - iPhone4s, Samsung Galaxy IV S. W odwodzie pozostał jeszcze stary, dobry iBasso T5, tutaj pozostał mimo wszystko problem konieczności włączenia trybu samolotowego, ponieważ logowanie do sieci, słyszalne w słuchawkach, to straszna kara. Na szczęście człowiek ma przyjaciół, i kompletnie bez żadnych próśb czy gróźb Kurop, dowiedziawszy się, że straciłem swojego "przyjaciela w podróży", pożyczył mi AK10. A właściwie pożyczył mi Beyerdynamic A 200 p. Czyli iriver Astell&Kern AK10 w przebraniu niemieckiego snajpera :)



Czymże w takim razie jest AK10? Ano jest to mobilny DAC, przystosowany do współpracy z urządzeniami z używanym japkiem w logo, wyposażonymi w zlącze Lightning, z urządzeniami Samsung serii Galaxy oraz z komputerem, wyposażonym w USB :) W założeniu AK10 miał być AK100 bez ekranu. W czasach kiedy ludzie i tak targają ze sobą telefon, dodatkowe urządzenie przez wielu widziane jest jako dodatkowy problem, za to malutkie pudełko podpięte to tegoż telefonu, może być już akceptowalne. Jak widać na załączonych fotkach, AK10 takie malutkie nie jest, nie jest również idealnie zaprojektowane i bezproblemowe w połączeniu z telefonem. I nie mam tutaj na myśli połączeń elektrycznych bo te działają wyśmienicie, za to sposób spięcia z telefonem zajął panom z Korei pewnie kilka długich wieczorów, i niestety efekt ich przemyśleń jest mizerny. A 200 p został zaopatrzony w futerał, którego przyznam, do tej pory nie wiem jak mam użyć - nie ma on żadnego klipsa, rzepa ani nic czym można by go spiąć z telefonem, kable są za krótkie, żeby urządzenia chować w różnych kieszeniach, a sam futerał na tyle pogrubia AK10, że telefon zaczyna przypominać Quasimodo z lumbago, o ile oczywiście oda się nam to jakoś przytwierdzić. Niestety nie będąc fachowcem z iriviera, wziąłem calowy kawałem nanopada i skleiłem sobie SGS'a a AK10. Świetnie zdało to egzamin. W taki stanie przystąpiłem do użytkowania.



W tym miejscu muszę Wam zaznaczyć jak wielkim wybawieniem dla mnie była oferta Kuropa. Jako, że mam w zwyczaju wieczory zamiast przed telewizorem spędzać na słuchaniu muzyki, dość często robię to leżąc po prostu sobie wygodnie, mając w uszach swoje Red Barony :). Sprzedając AK120 myślałem (a raczej nie przemyślałem tego dokładnie), że w tym zadaniu zastąpi go któryś z moich telefonów, polecanych jak świat szeroki jako wspaniałe DAPy. Baa wielokrotnie słyszałem i czytałem, jaki to ze mnie tępak, bo wydałem tysiące złotych na odtwarzacz, a mój telefon potrafi robić to równie dobrze. Pierwszy wieczór okazał się już wstępem do poważnej tragedii, ponieważ podłączony iPhone grał tak mizernie z Lime Ears LE3SW, że wystraszyłem się, że mi się słuchawki popsuły (co oczywiście zgłosiłem do Emila, i oczywiście wyszedłem na idiotę :P). Dźwięk był tak potwornie matowy i bez życia, że straszna prawda, którą sobie właśnie uświadomiłem, zepsuła mi kolejne godziny życia. Podłączyłem iBasso, włączyłem tryb samolotowy i zacząłem się na sobą użalać. Następnego dnia użyłem SGSa i było już troszkę lepiej, ale nadal nie dobrze. Bądźmy szczerzy, człowiek do dobrego się szybko przyzwyczaja i jak mu to dobre zabrać, to cierpi. No i ja tak cierpiałem, aż kol. Kurop mnie nie poratował, dając mi do ręki AK10. 



Urządzenie podłączyłem błyskawicznie, upatrując w tym maleństwie rozwiązania swojego (przejściowego miejmy nadzieję) problemu. Zanim opowiem o dźwięku, będzie garść parametrów. Jak pojawił się AK100 wszyscy szybko zrócili uwagę na wysoką impedancję wyjścia (22Ohm), w przypadku AK120 była ona dużo mniejsza i wynosiła już tylko 3Ohm. AK10 legitymuje się impedancją 1,1Ohm. AK100 miał 1,5Vrms, AK120 1,5Vrms na kanał, AK10 ma 1,7Vrms. Do tego należy dołożyć jeszcze 110 dB dynamiki, przesłuchy na poziomie -106dB i THD 0,008%. Całkiem przyzwoite, żeby nie powiedzieć rewelacyjne parametry. Rozmiar niewielki, parametry świetne, słuchajmy więc. Sama współpraca z Androidem (na iOS nie miałem jak sprawdzić), jest wzorowa. Urządzenie podłączone, po prostu gra. Przyciski fizyczne do zmiany i pauzowania działają świetnie i są po prostu genialne w swej prostocie. Przez cały okres użytkowania nie natrafiłem na żaden problem natury konfiguracyjnej czy obsługowej (poza pokrętłem głośności, ale o tym na końcu). Nie wiem też czy urządzenie wymaga ładowania żeby działać z telefonem, czy ładuje się bezpośrednio z niego - przez cały ten czas, podłączałem AK10 zamiennie do telefonu i do komputera i ani razu nie musiałem go doładowywać, ani razu się nie wyłączył czy dał objawy jakiegokolwiek znużenia, spowodowanego brakiem prądu. Po prostu fajnie zaprojektowane i z mojego punktu widzenia bezobsługowe urządzenie.



Muszę przyznać, że już po pierwszych taktach wrócił uśmiech. Tak, to jest właśnie to. Znajome brzmienie, świetna rozdzielczość, doskonała kontrola. To tak w dużym skrócie. AK10 kompletnie nie szumi. Nic a nic. Mocy ma wystarczająco dużo do napędzenia HD650 do komfortowej głośności, a z Lime Ears tworzy duet (chociaż trzeba by raczej napisać tercet, bo bez transportu się nie obejdzie) równie doskonały jak AK120. Jeśli kogoś interesuje opis brzmienia, to odsyłam tutaj.  Niektórzy twierdzą, że seria AK gra lekko ocieplonym dźwiękiem. Ja widzę to raczej jako neutralną i bardzo naturalną barwę, z doskonałą rozdzielczością i sceną. W stosunku do moich telefonów, podpiętych do Lime Earsów lepsze jest praktycznie wszystko - barwa, dynamika, scena, szerokość no i moc. Ktoś tam napisał, że AK10 jest ciche. A ja napiszę, że jest ten ktoś analfabetą - w instrukcji jest dokładnie napisane, jak należy zdjąć blokadę głośności - no ale jeśli ktoś nie czyta instrukcji...


Na zakończenie chciałbym wspomnieć o 2ch, moim zdaniem poważnych wadach. Po pierwsze brak wejścia optycznego - AK100 i AK120 mają je w standardzie. Druga, to pokrętło od głośności. Fajnie, że jest, ale jeszcze fajniej jakby go nie było. Jeśli chcemy pogłośnić gwałtownie, to trzeba się zdrowo nakręcić, to samo w drugą stronę - zdążymy ogłuchnąć zanim ściszymi. Do tego dochodzi śliska powierzchnia i całkiem spory opór stawiany przez mechanizm. Aby mieć pewność, że wszystko pójdzie prawidłowo, trzeba całą procedurę wykonywać 2ma rękami. Ja mam wyjątkowo suchą skórę na palcach, przez co bez dociśnięcia pokrętła, palce mi się po nim tylko ślizgały.

Dodano 13.03.2014:
Jeszcze taki malutki addon, od dystrybutora, firmy mp3store.pl - na hasło audioivoodoo, przy zakupie A200p otrzymacie rabat 10%.

czwartek, 27 lutego 2014

Lampowa waga ciężka - Cayin HA-1A

Od pewnego czasu szukałem wzmacniacza lampowego, aby uzupełnić swój arsenał odsłuchowy. Trafiła sie okazja i kupiłem wzmacniacz amerykańskiej firmy Schiit  - Lyr. To hybryda, gdzie rolę przedwzmacniacza pełnią lampy a końcówka mocy zbudowana jest w oparciu o tranzystorowy układ dyskretny. Wzmacniacz grał fajnie, ale to nie to. Szukałem więc dalej. Przesłuchałem kilka(naście) konstrukcji OTL (wzmacniacze bez transformatora wyjściowego), i z każdym kolejny upewniałem się, że to nie to. Po pierwsze OTLe grają dobrze tylko z wysoko ohmowymi słuchawkami, po drugie, szumią, brumią i ogólnie powodują niefajne wrażenia. Może to tylko wina egzemplarzy z którymi miałem do czynienia, lub tych konkretnych modeli, jednak skutecznie mnie to zniechęciło do zabaw w bajkę zwaną OTL. Ale jak kupić lampkę, która nie ma tych wad i nie zbankrutować. I tak trafiłem na Cayin HA-1A, produkt chińskiego producenta wzmacniaczy, firmy Zhuhai Spark Electronic Equipment Co., LTD, z siedzibą w Chinach Ludowych. Dzisiaj marka Cayin jest chyba najbardziej znaną na świecie, a na pewno jedna z bardziej cenionych, w branży Hi-Fi, z pośród wszystkich chińskich marek audio. I nikt nie kojarzy jej z taniością i bylejakością charakteryzującą większość chińskich produktów. 




No dobra, skoro już zdecydowałem się na Cayin HA-1A, to może warto napisać dlaczego ? Dlatego, że jest to jedyny znany mi lampowy wzmacniacz, który jest uniwersalny. Dzięki zastosowaniu transformatora głośnikowego (wyjściowego), wzmacniacz potrafi obsłużyć słuchawki od 6 Ohm do 300 Ohm. Potrafi pracować w trybie triody i ultralinearnym. Ma wyjście dla kolumn głośnikowych (o minimalnej impedancji 6Ohm). Ma wyjście przedwzmacniacza, potrafi też pracować jako końcówka mocy dla innego Pre. No i dźwięk generuje za pomocą 4ech lamp, bez użycia tranzystorów. Ważne dla mnie było również, jakie lampy są wykorzystywane w Cayinie. A są to 12AX7(ECC83), 12AU7(ECC82) i 2 lampy mocy EL84. Standardowo Cayin wyposażony jest w 2 lampy własnej produkcji (12AX7 i 12AU7) oraz w 2 lampy Electro Harmonix EL84 EH. Po przejrzeniu kilku tematów na różnych forach, zadecydowałem, że do swojego Cayina użyję lamp Electro Harmonix Gold Pin. I taki właśnie zestaw będzie przedmiotem tej recenzji.



Wzmacniacz zamówiłem na rodzimym portalu aukcyjnym, ponieważ cenię sobie bezpieczeństwo i bezproblemowość transakcji. Cena 3099 pln z wysyłką też nie jest niczym przerażającym wobec około 2900 przy imporcie osobistym (a i to bez cła i podatku). Dlatego zdecydowanie polecam zainteresowanym zakup u naszego dystrybutora. 


Paczka, w uzgodnionym wcześniej terminie dotarła do mnie, niesiona rencami kuriera, obklejona naklepami - Uwaga, Wzmacniacz Lampowy! Facet niósł to jak przysłowiową bombę. Całość zapakowana wręcz pancernie, przygotowana na wszystkie chyba, przewidziane problemy transportowe. Wewnątrz kabel zasilający, komplet instrukcji no i wzmacniacz. Starałem się oddać chociaż odrobinę wrażenia jakie robi wzmacniacz na żywo zdjęciami - ale nie wiem czy mi się udało. Rozmiary ma, jak na wzmacniacz słuchawkowy, wręcz monstrualne. Do tego waga 8kg, szczotkowane blachy z grubego szczotkowanego aluminium i kawał stali jako zabezpieczenie wnętrzności daje nam obraz tego kolosa. Przyznam, że jestem zachwycony. Zdjęć wnętrza nie prezentuję, bo to taka trochę pornografia dla elektroników. Wystarczy powiedzieć, że wewnątrz mamy 2 transformatory obsługujące lampy, jeden zasilający toroid i transformator głośnikowy. Do tego 2 płytki zalutowane gęsto elementami. Całość robi świetne wrażenie - żadnych (g)lutów, nieczystości czy niedoróbek. Płytki po lutowaniu widać, że przeszły kontrolę jakości i mycie ultradźwiękowe. Brawa za dbałość o klienta i jakość.




Z zewnątrz Cayin prezentuje się równie dobrze. Z tyłu mamy komplet wyjść słuchawkowych (zaciski i gniazda bananowe), parę wejść RCA i parę wyjść przedwzmacniacza. Dodatkowo mamy przełącznik pracy Trioda i Ultralinear oraz selektor impedancji słuchawek w zakeresach 6-32, 33-64, 65-120, 121-300 Ohm.


Z przodu mamy włącznik, wraz z czerwoną diodą sygnalizującą pracę, selektor trybu pracy (PRE IN), gniazdo słuchawkowe i potencjometr. Ten ostatni to jedyny zgrzyt na froncie, i w ogóle na wizerunku wzmacniacza. Jest jak białe skarpetki do czarnego garnituru, jak dres kresz, do Adidasów. Kompletnie z czapy i psuje jak świni siodło. Ale to oczywiście moje zdanie i pewnie 3 miliardy chińczyków się ze mną nie zgodzą.


Wzmacniacz testuję już dobry miesiąc, dałem mu się porządnie wygrzać, lampom również. W teście wykorzystałem:

- Wzmacniacze FCL i Black Pearl jako punkty odniesienia
- DAC oparty o ES9018, DAC dual mono WM8741, obydwa wyposażone w konwerter Xmos.
- Słuchawki HiFiman HE-5LE (38Ohm), Sennheiser HD650(300Ohm), Beyerdynamic T70 
 250Ohm(250Ohm), AKG K340 (600Ohm).
- Pioneer DV-310 z modyfikowanym wyjściem Coaxial, Laptop jako źródło dla Xmos
Materiał to muzyka w formacie FLAC i płyty CD




Na początek mały disclaimer - ludzi poszukujących "typowego lampowego grania" z kocykiem, ciepłego i kluchowatego zapraszamy do innej bajki. Cayin udowadnia, że lampa potęgą jest i basta! W porównaniu do mojej prywatnej referencji dźwiękowej, czyli FCL'a, Cayin nie prezentuje wcale ani mniejszej dynamiki (o co lampy są posądzane), ani ciepłego grania ani nawet brumów czy szumów. Faktycznie, w porównaniu do FCL, który jest cichy jak makiem zasiał, Cayin coś tam szumi. Ale jest to na granicy słyszalności. I na pewno nie jest to problem. Wynika raczej z cech samych lamp, ponieważ na oryginalnych lampach Cayin te szumy są głośniejsze niż na produktach Electro Harmonix. Brumów czy innych basowych pomruków nie słyszę. 


Mamy za to wspaniałe, szczegółowe granie, z niesamowitą wręcz energią. Lekko ocieplone, za to bardzo dobrze dociążone i napowietrzone. Scena jest tak szeroka jak poda ją źródło, więc nie zachodzą tutaj zmiany. Wzmacniacz jednak trochę zagęszcza przekaz, robi się lekkie wrażenie przyciemnienia, jednak podczas analizy poszczególnych pasm, nie słychać ani faworyzowania któregokolwiek z nich, ani wycofania. Ot lepsze wypełnienie w stosunku do wzmacniacza tranzystorowego. Dzięki temu przekaz wydaje się pełniejszy i bardziej relaksujący. Ale przy tym wszystkim jest zaskakująco szczegółowy i rozdzielczy. Oczywiście, mógłbym się teraz zabrac za poezję i pisać, że bas schodzi do piekieł, że wysokie błyszczą i aż oślepiają swoją energią. Problem w tym, że tak samo odbywa się to przy zastosowaniu moich słuchawek z FCL czy Black Pearl. A wynika to ze źródła. Ważne, żeby wzmacniacz nie przeszkadzał i nie psuł tego co zrobi źródło. I tutaj Cayin pokazuje prawdziwą klasę - nie zmienia charakteru źródła, słychać wyraźnie różnice w nadajniku. Wprowadza jednak swoje delikatne korekty. Czyli zagęszczenie i lekką kondensację. Ale ważne podkreślenia jest, że HA-1A genialnie różnicuje źródła i w pełni przekazuje to co one nadają.



No i nadszedł czas na podsumowanie. Co tak właściwie dostajemy za te 3099 ? Ano dostajemy bardzo uniwersalne urządzenie. Jeden z moich kolegów używa go z powodzeniem, do Denonów AH-D7100. Ja pędzę nim wszystko co mam w domu. Lampowe wzmacniacze bardziej różnicują brzmienie lamp wpiętych jako przedwzmacniacz(lampy sterujące), niż tranzystorowce przy opampach. Zmiana lampy daje olbrzymie różnice w brzmieniu, podczas gdy wymiana opampa delikatnie zmienia niuanse. Dzięki temu mając sporą baterię różnych lamp mamy de facto baterię różnie grających wzmacniaczy. Fajnie, że Cayin ma swój charakter i jeszcze fajniej, że w pełni oddaje charakter źródła. 

Na samiuśki koniec parę słów o wysterowaniu słuchawek. Faktycznie wzmacniacz świetnie zrobił HD650 - energia jest aż namacalna, ruch powietrza przy niskim basie urzeka. HiFimany grają jakby cały zestaw wyjechał z jednej fabryki - synergia jest oczywista i pełna. Beyery T70 grają jednak lepiej z tranzystorowych źródeł - analityczna natura tych słuchawek obnaża wszelkie "sprawki" lamp - w tym szumy śrutowe delikatne nawet pogłosy. K340 były nie tylko napędzone, ale nawet przepędzone. Niestety midbas zrobił się elementem dominującym. Tutaj również tranzystor zachowywał się lepiej, mocno trzymając za mordę te częstotliwości.

niedziela, 23 lutego 2014

Flagowce na rynku DAP

To już prawie miesiąc, odkąd nie ma nowego testu, recenzji czy choćby durnego nabijania się z voodoo. Poniekąd wynika to z faktu, że nie specjalnie jest co opisywać, a poniekąd z zabaw posiadanym sprzętem.

Jednak dzisiaj, wprawdzie z kompletnie pustym baniakiem, ale jednak zasiadłem coś napisać. W sumie napiszę głównie o planach, bo coś tam się jednak dzieje. Po pierwsze, pojawi się niedługo recenzja Cayin Ha-1A, którego to nabyłem drogą kupna i ostatnio mocno katuję. Pojawi się też krótki tekst o dinozaurach słuchawkowych, czyli AKG K340 - hybryda elektrostatyczno - dynamiczna.

Na koniec przygotowuję test o wpływie kabelków na to co słyszymy. Będą i kabelki drogie i tanie, no i chyba lekkie rozjaśnienie tajemnicy, dlaczego jedni słyszą a inni nie.

Ale to wszystko będzie. Dzisiaj mamy rozważania o DAPach. DAPy to cyfrowe odtwarzacze treści. Przyjęło się, że to głównie segment mobilny, do tej pory opanowany przez różnej maści empetrójki i mpczwórki rynek, raczej nie zachęcał audiofilskiej braci do łaskawszego spojrzenia na sprzęt dostępny w tej klasie. Ale chińska firma Colorfly rozpoczęła przełom. Wraz z modelem C4 rozpoczął się boom na przenośne odtwarzacze Hi-Fi. iPod z pod znaku nadgryzionego jabłka okazał się być niewystarczającym urządzeniem dla wielu osób i to nawet pomimo faktu, że dało się go zmodyfikować (wykonać tzw. iModa) czy zainstalować RockBox. Możliwość natywnego odtwarzania plików gęstych(24bit lub więcej) okazało się nośnym sloganem dla producentów i fala poszła. Dzisiaj szybciutki przegląd urządzeń z NWOHRMP (New Wave of HiRes Music Players).


1. ColorFly C4 
Urządzenie które w dniu premiery okrzyknięto najładniejszym/najbrzydszym (niepotrzebne skreślić) odtwarzaczem przenośnym, było pierwszym obrzydliwie drogim (tak, tak - wtedy 2,5kpln za DAP to było szaleństwo), mobilnym odtwarzaczem. Obudowa z rzeźbionego drewna, wyjście Jack 6,3mm, Cirrus Logic CS4398, możliwość pracy w trybie SPDiF DAC to tylko niektóre cechy tego wspaniałego urządzenia (tak, tak). Sam pamiętam jak na niego zachorowałem. Nie przeszkadzała mi wtedy jego wielkość i waga (dosyć spora cegła), chciałem go mieć. Niestety producent poległ w kwestii obsługi. Urządzenie odtwarzało 24bity, ale tylko z plików Wave, Flac tylko w 16bitach. Do tego żałośnie krótki czas pracy na baterii czy pękające obudowy (których producent nie chciał naprawiać !) spowodowały, że ColorFly przestał być kojarzony z High Endem. Został tylko okrutnie drogim odtwarzaczem z drewna. Całkowicie niezasłużenie, bo jakość dźwięku była (JEST) na niesamowicie wysokim poziomie. Jeśli tylko udało by się zrobić coś z upiornym w obsłudze oprogramowaniem, świat mógłby sobie o C4 przypomnieć. Niestety, producent nie zamierzał wykorzystać potencjału urządzenia, które zbudował. Pozostaje więc C4 urządzeniem dla pasjonatów.


2. Astell & Kern AK100 (AK100 Mk2)
Kolejny był AK100. Kolejny zawodnik badający teren pod ewentualną inwazję. Początkowo mocno nieudany, wzorem producentów w innych dziedzinach, testowany na użytkownikach o na tyle zasobnych portfelach, że nie przeszkadzały im ogromne wady (oj tak !), za to mieli hajend w łapie. Cenowo AK100 pozycjonowany był koło C4, tyle, że był naprawdę kompaktowy. Z podobną mocą i możliwościami, był jednak zdecydowanie mniejszy, bardziej kompaktowy. A przy tym czas pracy na baterii to nie było już tylko "od gniazdka do gniazdka". Dało się go używać, chociaż miał 2 bardzo poważne wady - 22Ohm rezystancji wyjściowej gniazdka słuchawkowego i wieszający się soft. tutaj jednak iriver nie popełnił błędu poprzedników i wraz z pojawieniem się kolejnego przełomowego urządzenia (AK120), poprawiono błędy. I urządzenie przestało się wieszać, brzmienie zostało "stuningowane" i urządzenie pomimo dość wysokiej rezystancji wyjściowej zaczęło sobie radzić z wymagającymi słuchawkami, w tym multiarmaturami. Oczywiście nie był to idealny układ, więc pojawił się AK100 Mk2, którego rezystancja wynosi już tylko 3Ohm.


3. Astell & Kern AK120 (AK120 Titan)
iriver poszedł za ciosem. Kolejny był 2 razy droższy AK120. Ale był też pozbawiony wad poprzednika. Jako "bonus" parametry zostały podwojone - 2x większy ram, 2 przetworniki WM8740, rezystancja 3Ohm, osłona pokrętła głośności i cena. Cena która do dzisiaj wielu osobom nie pozwala rozsądnie spojrzeć na to urządzenie. Oczywiście funkcjonalnie AK120 potrafi przejąć funkcję transportu, źródła czy nawet wzmacniacza słuchawkowego dla umiarkowanie wymagających słuchawek (czyli jakieś 85% sprzętu na rynku). Jest niestety za mały jak na swoją cenę, wyprodukowany w Korei no i jakiś taki nie tego. iriver tym modelem narobił sobie wrogów wśród niedoszłych klientów i wielbicieli wśród ludzi, którzy go kupili. Dla mnie jest to urządzenie kompletne. Do pełni szczęścia brakuje kilku funkcjonalności w oprogramowaniu, ale ciągle liczę, że się pojawią. Należy też wspomnieć, że pojawienie się AK120 spowodowało zmianę w sygnaturze brzmienia AK100, i od tego czasu urządzenia graja bardzo podobnie (różnica wynika głównie z cech elektrycznych). 

4. iBasso DX50
Celowo nie piszę nic o DX100 - w naszym pięknym kraju błąkają się pojedyncze egzemplarze i są one raczej ciekawostką niż regularnym produktem. Inaczej sprawa ma się z iBasso DX50 - za sprawą akcji WojtkaC z forum, stał się on stałym bywalcem tematów dot. DAP na forum. Przeszedł też wiele metamorfoz za sprawą diametralnych zmian oprogramowania. Pierwsze urządzenie oparte o system Android, mające na pokładzie DAC WM8740 (ten sam układ co w serii Astell & Kern). Niestety, iBasso chyba zbyt szybko wypusciło DX50 na rynek, ponieważ urządzenie cierpiało na całą masę chorób dziecięcych, które choć stopniowo usuwane, nie powinny się nigdy pojawić w urządzeniu końcowym. iBasso zdziwiło mnie jeszcze w jednym, mianowicie w raz z kolejnymi wersjami oprogramowania układowego, zmieniała się sygnatura brzmienia. Użytkownik do końca nie może być pewien czy to co słyszy dzisiaj, nie zmieni się po aktualizacji. Faktem jest jednak, że przy kosmicznej wręcz cenie urządzeń od iriver czy ColorFly, wadliwy i niestabilny dźwiękowo DX50 wydawał się złotym interesem. Do dzisiaj DX50 pozostaje najczęściej aktualizowanym odtwarzaczem o jakim słyszałem.


5. FIIO X3
FIIO, to firma która do tej pory starała się produkować entry-levelowe urządzenia do słuchania muzyki. Modelem X3 zapragnęli wstrzelić się mid-end. Najbardziej oczekiwane urządzenie, z dziwnych powodów opóźniane u nas w kraju, pojawiło się kilka dni po premierze iBasso DX50. FIIO postawiło na ten sam układ co iriver i ibasso, i w sumie nic dziwnego, bo stawia na niego juz od dawna. Na pokładzie X3 było tez oprogramowanie od FIIO. Samo urządzenie chociaż lepiej dopracowane niż DX50, nie zrobiło nad Wisłą furory, głównie ze względu na dość ciemne i kondensowane brzmienie. Jakkolwiek brzmieniowo kontrowersyjne, jednak od strony obsługi X3 okazało się urządzeniem dojrzałym i dopracowanym. Szybciej niż iBasso otrzymało funkcjonalność UASB-DAC. W raz z jednym z updatów firmware zmieniło się też brzmienie. Na horyzoncie pojawiły się nie dawno X1 i X5 celujące odpowiednio w wyższy i niższy segment rynku.


6. HiSound Studio V
Troszkę egzotyczne urządzenie, stało się mniej nieznane za sprawą importera, który przeprowadził na forum szeroko zakrojoną akcję poznawczą.Urządzenie oparte o procesory Sigmatel, okazało się grać dźwiękiem dojrzałym, legitymując się przy tym mocą wystarczającą do napędzenia praktycznie dowolnych słuchawek. Cenowo HiSound uplasował swojego flagowca tuz obok X3 i DX50, powodując lekkie zamieszanie. Niestety od strony użytkowej Studio V jest chyba jeszcze gorsze od C4. Upiorny soft i problemy użytkowe powodują, że sprzęt jeszcze jakiś czas pozostanie egzotyką.


7. HiFiman HM-901
HiFiman  od jakiegoś czasu co chwila wypuszcza kolejne "przełomowe" i rewolucyjne urządzenia przenośne. Przełomowość i rewolucyjność póki co ogranicza się do możliwości samodzielnej wymian płytek wzmacniacza, które można nabyć osobno od producenta. Dźwiękowo to oczywiście najwyższa półka, i HM-901 będąc delikatnie cieplejszym odtwarzaczem niż AK120 znajduje większe poparcie wśród recenzentów. Ze świecą szukać opinii niepochlebnych na jego temat, jednak w niektórych recenzjach udaje się wyłapać przemycone cudem (cenzura czuwa !)wskazówki co z nim może być nie tak. Urządzenie wyposażone w koszmarny wręcz interface, zniechęca do użytkowania, nawet największych twardzieli. Ja miałem z nim styczność przez 2 dni, i w ciągu tych 2ch dni, zrozumiałem, że to kolejny przystanek Hifimana w drodze do najlepszego DAPa na świecie. Nie jest nim jednak jeszcze HM-901. Cenowo to półka AK120.