Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AK120. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AK120. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lipca 2014

Astell&Kern AK120 MK2 - czy faktycznie jest lepszy od AK120?


Mój supergrajek wszech czasów, AK120, doczekał się następcy, o przewrotnej nazwie AK120 II. Zaiste przepowiednie ludu błądziły w dziwnych rejonach przepowiadając sprzęt miliony o kolejnych numerach. Po AK240 miał nastąpić AK480, a po nim wielki przełom miał uczynić AK 960.Wszystkie kolejne miały być oczywiście przełomowe głownie od strony finansowej. A tu psikus, wracamy do starych nazw i dodajemy im kolejne marki (Mark II w tym wypadku). No dobra, czy to jednak nie jest kolejny skok na kasę jeleni, zwanych potocznie audiofilami (Audiophilus Jelenius Rogatus), tak tłumnie ustawiających się w kolejce po najnowszego super DAPa? Wszakże marka AK do najtańszych nie należy. 


AK120, wzorem całej rodziny AK, obudowę ma ze szczotkowanego amelinum, tutaj w kolorze srebrnym (podobno amelinum rozpoznaje się po tym, że się nie maluje...). Wykonanie urządzenia to ekstraklasa. Dość ciężki DAP w ręce sprawia  wrażenie sprzętu nader porządnego i solidnego. Do tego elegancja i poczucie luksusu. Niestety w moim odczuciu, AK120 (ten pierwszy, na Wolfsonie), jest dużo ładniejszy. Ma bardziej proporcjonalny wygląd, MK2 wygląda jakby ktoś go odwrócił do góry nogami, ewentualnie pomylił się przy montażu ekranu. Nie ukrywajmy, jest brzydki, może nie tak brzydki jak AK240 (ups, przepraszam, ekstrawagancki), ale nadal jest brzydki (znowu, przepraszam, ekstrawagancki). 


W AK120 II zrezygnowano z jednego z gniazd microSD, podwajając za to, nadal koszmarnie wolną, pamięć wewnętrzną. ZX1, który przyjmuje do swojej 128GB pamięci pliki z prędkością ok 13MB/s przy AK120/AK120II to prawdziwy sprinter (max 5,5MB/s). Kolejna różnica to 2,5mm wyjście zbalansowane. Ale, tutaj ciągle mam problem ze zrozumieniem. 2,5mm? serio? gdzie mają taki standard wtyczki zbalansowanej? W Dżabuti? W Pendżabie? Pytam GDZIE??? Bo nie dość, że małe, to super delikatne, ciężko dostępne. Nawet fapple nie miało jeszcze tak durnego pomysłu (no dobra, Lightning Phones to idiotyzm roku). 


No nic, już widzę wyłamane gniazda bo ktoś podpiął pod to 7em przejściówek żeby móc usłyszeć dźwięk na zbalansowanych Audeze czy HiFiMAN. Ale pomysł nie jest nowy, był już w superekstrawaganckim DAPie dla wybranych - AK240. Ileż ja się wtedy namordowałem, żeby w kiosku znaleźć jakiś durny kabelek z 4ro polowym 2,5mm jackiem. A potem poparzone paluchy i dziwnie zlutowany kabelek, tylko, żeby móc to porównać z HM-901. Tym razem zrezygnowałem. Po pierwsze, nie mam już żadnego DAPa zbalansowanego w kolekcji, po drugie, wiem jakie są różnice i jestem w stanie wyobrazić co będzie po podpięciu słuchawek we właściwy sposób.


AK120 II, przeciwieństwie do AK120 działa już pod kontrolą androida, co daje jakieś nadzieje na objęcie go programem walki z udziwnieniami producentów sprzętu. AK120 do dzisiaj nie doczekał się Rockboxa i pewnie się już nie doczeka. W AK120 II nadzieja jest, jako, że na adroida port już jest. Ale i autorski soft od AK bazujący na adroidzie nie przypomina już koszmarków z poprzednich modeli (AK100 i AK120). Teraz mamy większy wyświetlacz, więcej informacji, wyszukiwanie utworów i klawiaturkę ekranową. Słowem źle nie jest. Da się tego używać be bólu zębów. Do ZX1 ma jeszcze kilka kroków w zakresie interface, ale wiadomo, że pełny Android lepszy od kastrowanego. Także obsługa na 4 z plusem :) W AK120 II Zrezygnowano też z funkcji SPDiF DAC, kasując wejście optyczne. W sumie zrozumiałe, jako, że nikt jeszcze nie produkuje 2,5mm wtyczek optycznych. 


Z nie znanych mi do dzisiaj powodów AK120 nie działa w trybie USB DAC jeśli posiadamy złącze USB 3.0. Nikt nie wie czemu, poprawek nie wydać. Nie i już. Na szczęście już za 2 tysie więcej AK postarało się i USB 3.0. Dac gra, i robi to, trzeba przyznać świetnie. Ale maksymalnie w trybie 24/96. Już zapomniałem jak ten bajer jest przydatny. Super, że znów działa. Aaa zapomniałbym, DSD odtwarzane na AK120 II nie powoduje już zarżnięcia urządzenia. Po otwraciu pliki o próbkowaniu 5,6MHz AK120 II nadal dziarsko odpowiadał na naduszanie ekranu. AK120 niestety w tym czasie tylko grał, bo o naduszaniu czegokolwiek nie mogło być mowy. Oczywiście, jak się udało już zastopować utwór, urządzenie wróciło do życia.


No dobra, popaczylim(śmy), pomacalim(śmy) czas posłuchać. AK120 MK2 w stosunku do tego bez II w nazwie oparty został o 2 przetworniki CS4398, i dwa kompletnie osobne tory wzmacniacza. Czyli wreszcie mamy prawdziwe dualmono. Do tego, zupełnie jak poprzednik, pracuje w pełnej klasie A, a regulacja głośności jest czysto cyfrowa. Co to jest klasa A, nie mam teraz czasu tłumaczyć, dość, że jest to bardzo dobra rzecz dla zniekształceń i dynamiki (niskie zniekształcenia i wysoka dynamika). 


Do odsłuchów Kałacha z Pendżabu, wykorzystałem caluśki dostępny mi arsenał. I wnioski są dość ciekawe. Superkałach MK2 gra bardzo podobnie do poprzednika. Na szczęście nie ma tutaj aż takiego podbijania niektórych zakresów jak w AK240. AK120 jest jednak troszkę cieplejszy. 


Troszkę, tyci...Ale AK120MK2 jest znowu tyci, tyci lepszy w kreowaniu wysokich tonów i holografii. Lepiej też oddaje wszystkie efekty przestrzenne.Jest zdecydowanie głośniejszy (nie wiem czy mocniejszy też), średnio o 6 dB. Czyli jak gra? Ano gra lekko, bardzo rozdzielczo, jasno. Taki ZX1 ma tylko lepiej wypełniony dźwięk. Ale nawet wrażenie jasności i ciepła podobne. W skrócie gra póki co najlepiej z całej rzeczy słuchanych przeze mnie Astell Kernów, nieznacznie ustępując ZX1, za to potwornie go miażdżąc w kwestii mocy i możliwości napędzenia innych niż doki słuchawek.


Sprzęt do recenzji dostarczył mp3store.pl. Kupować, nie ociągać się. Bo nie będzie czego recenzować jak AK120 II nie zejdzie...



wtorek, 10 czerwca 2014

HiFiMAN HM-802


Smutne jest życie audiofila. Nie, żebym się do tego szacownego grona zaliczał (ja wolę o sobie myśleć raczej w kategorii idiota-zboczeniec). Ale wczoraj w jakimś diskowery czanel, dowiedziałem się, że im później tym gorzej. Znaczy normalnie jak to w życiu. Wtedy, kiedy dysponujemy słuchem iście nietoperzowym (co to do cholery jest ten toperz - może ktoś wytłumaczy??), nie stać nas na zakup sprzętu, który pozwoli nam cieszyć się z ilości informacji, które słyszymy. Jak nas już stać, to w dużym uproszczeniu - głusiśmy jak pnie. Dlatego z wiekiem należałoby raczej wyprzedawać klocki, niż brać się za zakup nowych, coraz lepiej grających sprzętów. Mam niebywały szacunek do osób starszych od siebie, ale zaczynam powoli rozumieć, że to wyobraźnia tylko, kiedy człek taki, życiem zmęczony, pisze o "krystalizujących wokalizach górnych rejestrów". No bo co on nieborak ma napisać, skoro tylko mu się zdaje, bo nauka mówi, że za diabła nic nie słyszy?



No i smutny, po takich rozważaniach doszedłem do wniosku, że moje cud-haj-faj graty, to jak rzucanie pereł przed wieprze (zbieżność wag przypadkowa). No i pod naciskiem jednego młodego kolegi (pozdrawiam Michała), postanowiłem zamienić swojego HM-901, na tańszy odpowiednik ze stajni HiFiMAN'a, model HM-802. Skoro nie mam prawa słyszeć genialnej jakości HM-901, i tak naprawdę tylko mi się wydaje, to niechże wydaje mi się za mniejsze pieniądze. Rozsądne podejście jak na idioto-zboczeńca. Zgodziłem się zatem i tak, zostałem właścicielem tytułowego urządzenia.



Normalnie w tym miejscu należało by opisać, w jakim pocie czoła inżynierowie z HiFiMAN pracowali nad stworzeniem godnego następcy HM-801, jak to walczyli z przeciwnościami losu, szukali właściwych materiałów na ośnieżonych szczytach Tybetu. Wszystkie te heroiczne wysiłki, mające na celu stworzenie urządzenia równie dobrego co HM-901, jednak dla kolektywu wiernych fanów z jedną nerką mniej, bez możliwości oddania któregokolwiek z pozostałych im narządów. Nie opiszę tych wysiłków, bo mam wrażenie, że HM-802 powstał jako luka w cenniku, ewentualnie jako próba znalezienia zastosowania dla wiadra części, jakie zostały po testach prototypów HM-901. I jako taki nie powinien się nazywać HM-802 a raczej HM-450,5. No ale nie nazwa jest tutaj naważniejsza. Ważne jest jaki jest efekt ciężkiego wieczora z dwoma kratami browara w dziale R&D w HiFiMANie. 



Najważniejsza informacja dla wszystkich miłośników Madejowego Łoża i Sandałów Fakira. Od strony obsługi HFM nic nie zmienił. Wszystkie Wasze ulubione funkcje i guziki pozostały na miejscu i w gotowości do psucia humoru z korzystania z DAPa. Nie zmieniła się również jego waga. Nadal bez konieczności odwiedzania kaletnika możemy sobie wybijać dziury w plecakach. No i chyba najważniejsze. HFM poszedł po rozum do głowy i wzorem nadgryzionego japka, zaczął tworzyć własne standardy interface'ów komunikacyjnych. W HM-901 zostało zastosowane złącze, niedostępne w cywilizowanym świecie. HM-802 ma dokładnie ten sam standard, co powoduje, że nasze kable i ładowarki od skrzypiących telefonów i innych DAPów, nadal pozostaną bezużyteczne. Soft i obsługa, wzorem HM-901, jest nadal genialnie bezużyteczna. Przy karcie 128GB dokopanie się do tego jednego, jedynego utworu na jaki mamy właśnie ochotę przypomina próbę wygrzebania dziurki w betonowej ścianie wykałaczką. Zanim skończymy, niechybnie zdechniemy z głodu. No dobra, koniec czepialstwa. Słuchamy.



W odsłuchach wykorzystałem:
- Słuchawki: Lime Ears LE3SW, Audeze LCD3, Sennheiser HD565Ovation
- DAP: HM-901, Sony NWZ-ZX1
- Wzmacniacz: FCL Balanced, Violectric V181
Pliki FLAC

HM-802 vs Lime Ears
HM-802 szumi, szumi dokładnie tak samo jak HM-901, co najprawdopodobniej wynika z zastosowanych kart wzmacniacza (te same co w HM-901). Nie jest to szum uporczywy. Raczej informacja, że urządzenie jest włączone. Po przesłuchaniu kilku testowych utworów mam pustkę w głowie. Opiszę więc różnice. HM-901 jest zdecydowanie głośniejszy. Te same ustawienia potencjometru i gaina, to różnica kilku decybeli. HM-901 gra też bardziej skondensowanym dźwiękiem, lepiej podkreślając niskie tony. Generowana scena w HM-901 jest wzorcowa, w HM-802, jest to jakby ta sama wersja, tylko podana z lekkiej odległości. Ale jest szerzej niż niż w HM-901. ZX1 daje znowu najlepsze wrażenie głębi sceny, generując dźwięki zarówno przed jak i za słuchaczem. HM-802 te same dźwięki, które w Walkmanie były za nami, podaje w jednej linii, ze środka głowy. ZX1 ma też najwyższą rozdzielczość z całej trójki. Jednak HM-802 ustępuje mu w tej materii naprawdę niewiele. HM-901 najwięcej ukrywa, stawiając na spójność przekazu. HM-802 pozwala na analizę. Chociaż nie jest analityczny. Nie pozostawia jednak wątpliwości, że jakościowo to ekstraklasa. 
Całościowo ZX1 z CIEM jest najlepszy. Nie jest to różnica klas, ale jednak jest. Mimo to brzmienie HM-802 jest najbliższe moim upodobaniom. Jest zdecydowanie równiejszy od HM-901, bardziej neutralny. Mniej nastawiony na fun, bardziej na wierność przekazu. Widać lubię brzmienie generowane przez Wolfsony.

HM802 vs Audeze LCD3
HM-802, zupełnie jak i droższy brat, bez najmniejszego zająknięcia radzą sobie z LCD3. Wysterowanie, jak na DAP'a, jest bardzo dobre. Przy tym HM-802 dłużej wytrzymuje na baterii...ZX1 na maksimum swoich możliwości nagłaśnia LCD3 tak aby dało się ich słuchać w domu. W miejscu w którym Sony traci parę, HiFiMANY się dopiero rozpędzają (5 na HM-802 i 3,5 na 901). W obydwu przypadkach maksymalny poziom głośności przekracza próg bólu. Brzmienie Audeze z HM-802 jest bardzo przyjemne. Góra mniej cyfryzuje niż w przypadku HM-901. Jest bardziej rozdzielcza. Nie ma też nadmiernego eksponowania 200Hz. Brzmienie Audeze relaksuje, jak z dużego systemu. HM-901 lekko wycofuje średnicę, HM-802 już nie. HM-901 za to daje wrażenie większej dynamiki, kopa i energii w nagraniu. W nagraniu Daft Funk bas w HM-901 pulsuje, jest żywy, niesie. W HM-802 jest. Koniec. Za to góra w HM-802 jest po prostu lepsza.

HM-802 -> Vioelectric HPA v181/FCL vs HD565 / Audeze LCD3
Podłączenie HM-802 do wzmacniacza daje spektakularne rezultaty. HM-901 gra bardziej niż poprawnie, jednak przepięcie się na "dużego DAC" jednoznacznie pokazuje, że HM-901 przez złącze liniowe po prostu jazgocze. Za to HM-802 w tej kategorii się objawia w pełnej krasie. Jako źródło, HM-802 jest zdecydowanie najlepszym wyborem. Dorównuje w tej kategorii AK120, jeśli go nawet nie przewyższa (ale nie jestem pewien bo piszę trochę z pamięci). Wzmacniacz podkręca dynamikę, nie tracąc na rozdzielczości. Słuchanie muzyki staje się bardzo intensywnym przeżyciem. 



Zmiana HM-901 na HM-802 w moim przypadku okazała się strzałem w 10tkę. Wprawdzie zamieniłem DAP kompletnego (no może poza walorami obsługowymi) na DAPa kompromisowego, jednak w moim konkretnym przypadku, kiedy najważniejsze dla mnie, aby z odtwarzanego materiału wyciągnąć maksimum rozdzielczości, dociążenie i dynamika stoją na drugim planie. Fakt, HM-901 sprawia wrażenie dojrzalszego dźwiękowo i jest bezsprzecznie najlepiej grającym DAPem z jakim miałem do czynienia. HM-802 jest jednak urządzeniem idealnie skrojonym pod moje wymagania. Dźwiękowo oczywiście, bo obsługowo, do pięt ZX1nce nie dorasta. Zupełnie jak "większy" brat.

czwartek, 5 czerwca 2014

Kupił Sony i jest wychudzony...- Testujemy NWZ-ZX1


No to mamy pierwszego Walkmana w na Audio i Voodoo. Wydaje się, że sprzęt idealny dla każdego grubasa (czyli dla mnie). Strasznie lubię słuchać muzyki, a lekarz kazał dużo spacerować. Do tego cena, która spowodowała, że przez jakiś czas lodówka pusta będzie. Nie jest to oczywiście poziom abstrakcji cenowej serwowanej nam przez irivera, ale też iriver nie namawia do chodzenia. Widać Japończykom bardziej na zdrowiu zależy niż Koreańczykom. Zresztą u nich na północy stoi braterska armia w pogotowiu, czekając aż będzie mogła odchudzić południowych braci...



Ale ja w sumie nie o tym chciałem...Dzięki uporowi i chorobie audiofilskiej kolegi (dzięki Michaś) zostałem posiadaczem tegoż sprzętu. Sytuacja o tle zaskakująca, że kompletnie nie planowana. No ale słowo się rzekło, sprzęt w domu, słuchawki w uszach a muzyka na dysku. Pamiętam, jak całkiem nie dawno, nabijałem się z Sony, że za cenę wiktu dla sporej afrykańskiej wioski, starczającego na cały miesiąc, usiłuje nam wcisnąć telefon, tyle, że uniemożliwiający dzwonienie. No bo przecież mamy na pokładzie ZX1 androida 4.1.1, mamy łaj-faj, mamy normalny, prawdziwy telefon. Znaczy bez modułu dźiesem. Zupełnie jak iPod Touch - taki japkofon tyle, że bez fon. Siakiś czas temu mordowałem się z telefonem marki Xperia. No ale ona nie była Walkman, więc pewnie dlatego sprawiała mi same psikusy poza domem. W domu była grzeczna i działała. Pełen obaw, zabrałem się do rozpakowywania pudełka. Samo opakowanie to nie zgrzebny karton znany z iBasso, czy dyskretny papier ekologiczny znany z irivera. Nie nie, w tym wypadku mamy do czynienia z eleganckim, drukowanym opakowaniem uzyskanym z drzewa przekwitającej wiśni. A może innego dębu. Ważne jednak, że Sony na swoim opakowaniu narysowało, to czego możemy spodziewać się w środku. A fe, nie dobre iBasso i iriver, nie pokazują zawartości pudeł. No dobra, w pudle poza samym Walkmanem, znajdziemy też kabelek do synchronizacji, futerał z garbowanej skóry i cały stos papieru, w którym Sony informuje, że nie odpowiada za różne rzeczy w tym za urazy spowodowane użytkowaniem Walkmana. Znaczy, jak podczas walkowania, zrobicie sobie odcisk, albo nie daj Boże pęcherz, to pracownik Sony Wam tego nie rozmasuje. Cenna informacja warta zapamiętania.



No dobra, zaryzykowałem trwałe uszczerbki na zdrowiu i uruchomiłem. Będąc przygotowanym na najgorsze, ubrany w najgrubsze puchowe kurtki, mające mnie ochronić przed ewentualnym wybuchem baterii (a jakże, pamiętam te wybuchające baterie sony z ich laptopów), zaryzykowałem i uruchomiłem. Zanim Android powitał mnie komunikatem "Rozgość się" byłem już solidnie spocony i lżejszy o kilka litrów wypoconego ze strachu potu. No nic, zajrzyjmy śmierci w oczy. Tak, czy tak zdechnę marnie w czasie tej recenzji, bo albo zabiją mnie odłamki Walkmana, albo odwodnię się z gorąca i strachu. Android, jak to android, poprosił mnie o hasło do googla, pokazał kilka ekranów powitalnych, pogratulował zakupu (od razu zrobiło mi się lepiej) i zaproponował odtworzenie jakiegoś durnego filmiku demo. Ja oczywiście wyczułem pismo nosem, nie dam się przecież mamić wschodnią propagandą reklamową. Szybciutko zainstalowałem PowerAmp, podłączyłem ZX1-kę do kompa (tak, tak, wiem, zignorowałem bezpieczeństwo), napaćkałem ją po sufit Flac'ami różnej maści i zabrałem się za użytkowanie. Niestety z powodu utraty znacznej ilości wilgoci z ciała, nie byłem w stanie chodzić w trakcie testów, jednak wyobrażałem sobie jakby to było, używać go w ruchu. I w takim stanie, z wytężoną wyobraźnią, włączyłem pierwszy utwór...



"Drogi pamiętniku, nie wiem kto znalazł mnie pierwszy, leżącego na zakrwawionej podłodze. Nie wiem czy była to mama czy tato. Faktem jest, że ocknąłem się w szpitalu, z rozciętą głową i poharatanymi policzkami. Ten demon wcielony nie oszczędził nawet moich, kiedyś bielutkich zębów. Szlochałem kilka godzin, zanim doszedłem do siebie..."


Tak miało to wyglądać w mojej wyobraźni, nic strasznego się jednak nie stało. Soniacz sprawnie podłączył się do domowego łajfaja, pobrał sobie okładki, a ja rozpocząłem słuchanie. Taka malutka dygresja - obsługa urządzenia, jak przystało na androida, jest genialna. Już sama wygoda korzystania zachęca do zakupu. Wszystko jest dobrze znane, we właściwych sobie miejscach. Gdyby nie konieczność ciągłego wyobrażania sobie, że jestem na spacerze, to poczułbym się jak w domu...



Brzmienie, tak całkiem na serio, bez jaj (bo urywa), jest świetne. Sony bardzo mocno pilnuje tajemnicy n/t specyfikacji sprzętu. Wiemy jedynie, że DAC jest produkcji własnej Sony, wiemy, że urządzenie ma 3ohm impedancji. Nie znamy innych parametrów, w tym mocy maksymalnej. Ale dzięki naszej kochanej EU wiemy, że jest ograniczenie do 5mW. I to ograniczenie działa dla 32Ohm. Podłączone słuchawki o rezystancji 150Ohm ledwo szeptały...Na szczęście dla mnie, najważniejsze było połączenie z Lime Ears LE3SW. Dla porządku sprawdziłem też słuchawki nauszne, ale to czym dysponuję, nie chciało praktycznie wydać z siebie dźwięku. Znaczy - ZX1, choćby był mocny, został skutecznie z tej mocy wykastrowany.

Nie ma tego złego jednak. Podłączone Lemonki, mające tenedencje do wyciągania z urządzeń szumów własnych, tutaj milczą jak zaklęte. Szumy pojawiają się tylko jeśli są w nagraniu (dotyczy to również dźwięków systemowych). Muszę przyznać, że z lenistwa od kilku dni korzystałem wyłącznie z Samsunga Galaxy S5, i w sumie byłem z niego zadowolony, jako grajka do CIEMów. Już nie jestem. NWZ-ZX1 uświadomił mi jaka jest przepaść między odtwarzaczem a telefonem. No dobra, ale może warto by było opisać troszkę jak nowy produkt Sony gra. Ot tak w porównaniu do innych flagowców. Muszę przyznać, że brzmienie jakie generuje ZX1 do złudzenia przypomina mi AK120. Dla jednych będzie ono delikatnie ocieplone, dla drugich chłodne. Faktem jest, że rozdzielczość jest fenomenalna. Balans tonalny jest w moim przekonaniu równy jak stół. Nie brakuje mu jednak dynamiki, nawet na niskich poziomach wzmocnienia. Bas jest mocny, szybki i precyzyjny. Średnica bogata i równa, bez ubarwień i odbarwień. Wysokie są rozdzielcze i szczegółowe. Separacja świetna, scena szeroka, taka jak ją znam z AK120. A zyskała na głębi i holografii. Mamy wrażenie, że siedzimy w pierwszych rzędach, przed bardzo szeroko rozstawioną orkiestrą.

Muszę przyznać, że ZX1 niesamowicie przypadł mi do gustu. Świetnie uzupełnia się z HM-901, który jest raczej sprzętem podróżnym niż przenośnym. No i ZX1 pozwala na cały dzień słuchania muzyki, bez konieczności rozglądania się za gniazdkiem. Do tego w groni innych flagowców cenę ma bardziej niż konkurencyjną. Sony modelem ZX1 pokazuje, że da się nie zedrzeć skóry przy okazji robienia świetnego odtwarzacza Hi-Res. Do tego obsługa tego grajka to poezja. Nie ma wyważania otwartych drzwi. Jest po prostu przemyślane urządzenia, bez zbędnych ambicjonalnych softów. Tutaj konkurencja musi się jeszcze wiele nauczyć.


ps. Po wszystkim udało mi się znaleźć sposób na odblokowanie głośności i mocy w ZX1. Tesle T70 grają świetnie, HD565 skończyły szeptać. Jedynie Audeze sugerują, że to nie jest przeciwnik dla nich.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Dzisiaj trochę poBeyerujemy - T5p, T70p i T70




Denony sprzedane, trzeba pustkę zapełnić. Z jednej strony żal, bo AH-D7100 to naprawdę świetne słuchawki, z drugiej strony lekkie podekscytowanie, bo znowu jakaś nowość. I tak, dzięki kolegom z forum, wybrałem wstępnie 3 produkty Beyerdynamic, oparte o przetwornik Tesla. Warunek był, że słuchawki mają być zamknięte. Kilka telefonów i na warsztacie mamy T5p, T70p i T70.




Dlaczego te przetworniki ? Denon D7100 cechuje ponadprzeciętna rozdzielczość. I w tej materii chciałem mieć coś na przynajmniej takim samym poziomie. Dlaczego więc nie Stax? Ano rozsądne Staxy kosztują niestety bardzo nierozsądnie i nawet moja dość liberalna żona, mogłaby tego żartu nie zrozumieć. Znowu rozsądnie kosztujące Staxy są dosyć nierozsądne w kwestii brzmienia. A wszystko to dlatego, że od razu musimy do słuchawek dokupić wzmacniacz/generator. W wielu recenzjach n/t nowych przetworników Beyera czytałem, że rozdzielczość i góra jako taka, są właśnie na poziomie średniej półki elektrostatów. A to już całkiem porządna rekomendacja. Do tego zainteresował mnie bardzo model T5p, który ma drivery ułożone pod lekkim kątem, generując dźwięk nie z boku ucha ale delikatnie z przodu. Nie powiem, ale recenzje nie wyczerpały dla mnie tematu, chociaż po opisie Fallowa (pozdrawiam) doskonale zdawałem sobie sprawę z tego czego oczekiwać po T70.


Wszystkie 3 pary słuchawek to klasa premium, przy tym T5p to już flagowiec. T70 i T70p to typowe słuchawki uniwersalne. Za to T5p to słuchawki o wysokiej specjalizacji brzmieniowej, o czym postaram się naskrobać w części poświęconej brzmieniu. Tańsze słuchawki przychodzą wyposażone w miękki case z ekoskóry, droższe w amelinowe pudło zamykane na zatrzask. I jedno i drugie opakowanie to coś co powoduje uśmiech na mej twarzy - D7100 miały tylko worek na kapcie. Od strony kablowo wtyczkowej tańsze słuchawki robią dużo lepsze wrażenie. Mają po porstu gruby kabel zakończony kątowym Jackiem (T70p) lub prostym z gwintem do nakręcenia reduktora na 6,3mm.



W T5p nie dość, że mamy jack Rean NYS-228, to sam kabel też nie sprawia dobrego wrażenia, robiąc się sztywny jak drewno na mrozie. W słuchawkach za te pieniądze, można było zastosować jakieś bardziej ambitne rozwiązanie kablowo - wtyczkowe. A skoro Beyerdynamic argumentuje zastosowanie takiego kabla tym, że i tak ludzie go sami wymienią, to trzeba było zostawić gniazda. Trzeba również wspomnieć, że T5p wyposażone są w przedłużacz firmy Klotz.



Standardowo T70 i T70p wyposażone są w pady welurowe, a T5p w skórzane pady doskonałej wręcz jakości. Jak na ironię, założenie padów od T5p do T70p spowodowała, że te drugie zaczęły grać dokładnie tak jak tego można oczekiwać, ale o tym też napiszę akapicie poświęconemu dźwiękowi. Mam wrażenie, że dział R&D miał tego dnia jakieś grubsze urodziny/imieniny i po prostu komuś się porypało przy kompletowaniu zestawów. Pady na szczęście są wymienne, więc sytuację da się uratować.



Jak już wspomniałem na wstępie, T5p mają przetwornik odchylony od płaszczyzny głowy i ustawiony delikatnie pod kątem lekko z przodu ucha, tak, że cały dźwięk trafia, lub ma trafiać w małżowinę od przodu, potęgując efekt odsłuchu kolumnowego, lub nawet naturalnego. Świetny pomysł, tylko wg mnie kompletnie nie zgrany z producentami muzycznymi. Mam wrażenie, że oni nie wiedzą o istnieniu takich słuchawek i z uporem wydają coraz więcej materiału przygotowanego specjalnie pod odsłuch na słuchawkach tradycyjnie dających w ucho.

Odsłuchy przeprowadziłem (z)używając: AK120, iPhone 4S + iBasso T5, FCL + SabreDAC ES9018, Black Pearl + SabreDAC ES9018. Pliki rzadkie i gęste, głównie flaki...A może tylko flaki. Jako trasport posłużył mi też mój nowo przerobiony Pionek DV-310, który wrażenia dźwiękowe wyciągnął na jeszcze wyższy poziom :)



T70p
To słuchawki o impedancji 32Ohm, co sugeruje przeznaczenie portable (jakby literka p w nazwie była mało sugestywna). Do tego wysoka skuteczność powoduje, że grają dosłownie ze wszystkiego. Niestety ze wszystkiego tak samo. Welurowe pady, w rozwiązaniach portable nie pozwalają się skupić na muzyce. W tym wypadku jeszcze mocno odchudzonej. Wymiana padów na skóry od T5p spowodowała odwrócenie sytuacji o 180 stopni, żeby nie powiedzieć 360 :P. Wartości podane w nawiasie to pady welurowe.

Bas:1(-2)
Słuchawki mają naprawdę mocną podstawę basową. Przed zmianą padów, o ile w naszym otoczeniu jest dosyć cicho, da się to wyłapać. Bas świetny, wielofakturowy, bardzo przypominający dobre armatury z charakteru. Potrafi zejść naprawdę nisko. Jest przy tym precyzyjny i szybki. Czasami troszkę za szybki. W padach od HM5 momentami było go zbyt wiele. Tutaj najlepszy efekt dały pady od T5p

MidBas:0(-1)
Midbasy są świetne. Dają kopa kiedy trzeba, wypełnienie kiedy trzeba. Dobrze uzupełniają się z najniższymi częstotliwościami. Nic nie dudni ani nie buczy. Żadnych przesterów. Znowu typowo armaturowa charakterystyka

Średnie:0
Średnica w odpowiedniej ilości, jest jednak trochę zbyt precyzyjna i zbyt szczegółowa. Wokale przez to tracą swoją magię.

Sybilanty:1(0,7)
Chyba najsłabsza strona tych słuchawek. W padach welurowych jest na granicy, górnej, ilości sybilantów. Cały czas mamy wrażenie, że zaraz zacznie dziać się coś niedobrego. W padach skórzanych tak granica zostaje przekroczona nieznacznie. W padach od HM5 to jedne z najbardziej sypiących górą słuchawek jakie znam. Tutaj pomaga gęsty płatek kosmetyczny położony na przetworniku dokładnie na wysokości otworu wlotowego do ucha. Wtedy sybilanty schodzą do poziomu padów od T5p.

Wysokie:1
Z jednej strony jest ich więcej niż trzeba, ale z drugiej mamy ochotę, żeby było ich więcej. Są po prostu świetne. Niezależnie od zastosowanych padów oddają niesamowitą ilość szczegółów z nagrania. Oszczędzając nam przy tym nieprzyjemnych ciosów. Brawo !

Scena 5(6)
W welurach scena trochę głębsza, w obydwu jednak T70p grają raczej szerokością. Niestety jest to szerokość spod maski. Ale nie jest też jakoś specjalnie tragiczna. Ot nic wybitnego i specjalnie tragicznego. Typowy średniak

Izolacja 8(4)
W padach skórzanych to prawie lider w tej kategorii. Grube obudowy bronią i nas i stojących obok przed niechcianymi dźwiękami. W welurach jakbyśmy się w półotwarte słuchawki wyposażyli...




T70
Słuchawki bliźniacze do T70p, tyle, że wyposażone w przetwornik 250Ohm. Dzięki temu mamy słuchawki prawie idealne (chociaż dla mnie póki co idealne), wady T70p zostały zlikwidowane, zalety wyciągnięte na wyższy poziom. W tych słuchawkach najlepiej sprawdziły się pady od HM5. 

Bas:-1(-2)
Bas w welurach bliźniaczy do tego w T70p, w padach od HM5 mogłoby być minimalnie więcej. Nie ma falowania nogawek przy każdej możliwej okazji, ale tam gdzie trzeba zagęszczenie atmosfery jest aż fizycznie namacalne. Znowu mocno armaturowy charakter, ale tym razem, wszystko jest delikatnie gładsze.
MidBas:-1(-2)
MidBasy lekko wycofane, jest ich mniej niż w T70p. Daje to wrażenie otwartości i jasności dźwięku. Dają jednak kopa kiedy trzeba, i wypełnienie kiedy go naprawdę trzeba. Armaturowa charakterystyka - znaczy mam deżawu...Ale ja lubię takie zjawiska.

Średnie:0
Tutaj ilość jak trzeba. Ale wygładzenie spowodowane wyższą impedancją nie powoduje zwyrodnień. Równie dobrze brzmi dziecięcy głos Majkela syna Jacka, jak i niski gulgot Louisa Armstronga. Ba z przyjenością wróciłem do niesłuchanych od lat Mili Vanili. Wszystkie instrumenty zabrzmiały mi tak jak powinny. No i wokale kobiece. Tutaj trzeba usłyszeć wokal Loreeny lub Enyi (mam nadzieję, że prawidłowo odmieniłem :P).

Sybilanty:1(0)
Kolejna mocna różnica wobec T70p. Nie ma problemów na padach od HM5. Nic nie trzeba filtrować.  Wygładzenie dźwięku jest na takim poziomie, że już nic nie kłuje i nie boli. Nadal jest bardzo jasno i analitycznie. Ale podane jest to w sposób daleki od męczącego.
Wysokie:0
Jest ich mniej niż w T70p, mniejsza jest też rozdzielczość. Ale też nie tak całkiem. Mamy wrażenie, jakbyśmy oglądali bardzo ostry i kontrastowy obraz(T70p) z włączonym anty aliasingiem(T70), brak ostrych kantów i nagłych skoków. Zupełnie jakby tutaj był jakiś kompresor pilnujący naszego słuchu. 

Scena 5(6) i Izolacja 8(4)
Tutaj sprawa wygląda analogicznie jak w T70p



T5p
Po takich rewelacjach w T70 byłem przygotowany na niesamowitą ucztę w T5p. W tych słuchawkach występuje specjalny rowek w który należy zamocować pady. Dlatego nie bawiłem się w szczegółowe porówananie brzmienia skóry i weluru

Bas:-2
Jeśli w T70 bas jest lekko wycofany, to tutaj nadaje z drugiego pokoju. Nie tworzy nic. bo go po prostu nie ma. Nawet jeśli oczekujemy, że wydarzy się coś co znamy i mózg nam podpowiada, że to właśnie teraz będą spektakularne grzmoty, nic się nie dzieje. Ja się czułem jak dziecko któremu ktoś zabrał lizaczka. 

MidBas:-1
Tutaj jest już lepiej. Midbas podobny w jakości i ilości do tego z T70. Mamy ogólnie nodosyt, ale już jak ma wejść to robi to iście spektakularnie, mocno i z odpowiedniemi wypełnieniem. Pozawala na chwilę zapomnieć o brakach na dole.

Średnie:1
Na szczęście to co się tutaj dzieje powoduje przejście do innej galaktyki odbioru średnich tonów. Sposób prezentacji dźwięków ma tutaj też niebagatelny wpływ na całościowy odbiór. Dzięki temu, że mamy wrażenie umieszczenia źródeł przed nami, wszystko odbywa się w sposób naturalny (oczywiście tam gdzie nie było kombinowane z próbami binauralnymi), nic nam nie szaleje. Ja niestety rozpocząłem zabawę odsłuchową od elektroniki i muzyki 3D. Błędnik mi się rozszalał do tego stopnia, że zrobiło mi się niedobrze. Dopiero przy kolejnym podejściu, z muzyką akustyczną i koncertową, z muzyką klasyczną - tam T5p pokazują moc. Nawet basu nie brakuje.

Sybilanty: 1
Tutaj mam mieszane odczucia. W muzyce ogólnie opisanej jako słuchawkowa (wszelkiego rodzaju elektronika i syntetyczne brzmienia) sybilanty chcą przepiłować mózg na dwoje. I to nie te syntetyczne, tylko te z wokali. Szczególnie z kobiecych. Heidi Happy w Stay z płyty Touch Yello była jak chiński oprawca na torturach. Nie dało się wytrzymać. Z drugiej strony sekcja smyczkowa w uwerturze Wilhelm Tell, czy skrzypce w Czterech Porach Roku nawet nie zbliżały się do granicy nieprzyjemności. A na T70p kłuło niemiłosiernie.

Wysokie:0
Tutaj ocena totalnie neutralna. Były tak naturalne i oczekiwane, że aż nie wiem co napisać. Może to, że znowu w elektronice sprawiały wrażenie ciemnych słuchawek, a w muzyce akustycznej słuchawek jasnych.

Scena 9
Ocena sceny dotyczy tylko sytuacji kiedy nie czułem się jak na karuzeli. Wtedy było naprawdę bosko. Nie dość, że szeroko, to i bardzo głęboko, z wyraźnym podziałem na plany. Do tego źródła pozorne jak kreślone na obrazku. Po zamknięciu powiek było magicznie.

Izolacja 7
Trochę słabiej niż na T70 z padami od HM5, ale dalej wzorowo. 

Podsumowując - 
T70p to bardzo fajna alternatywa dla szukających bardzo skutecznych słuchawek przenośnych. Warunek aby nam się z nimi życie układało, to modyfikacja padów, i jeśli wybierzemy tańszą wersję (pady od HM5), zastosowanie odpowiednio gęstych płatków kosmetycznych.

T70 świetne allroundery. Słuchawki doskonałe do wszystkiego, w niczym wybitne. Ale też bez specjalnie słabych punktów. Warto zatroszczyć się o zmianę padów. Ja wybrałem pady od HM5 i był to strzał w 10tkę. Spodobały mi się do tego stopnia, że postanowiłem, że to właśnie one zastąpią D7100

T5p typowo wąsko wyspecjalizowane słuchawki. Wprawdzie najdrożdze z całej trójki, ale z najwęższa specjalizacją. 32Ohm impedancji i literka p w nazwie pozwala sądzić, że powstały z myślą o zastosowaniach mobilnych, jednak sposób prezentacji powoduje, że będą ich raczej słuchali ludzie o ściśle określonym guście muzycznym. Czyli idealny partner dla naszego AK120 :) w podróży.

Na zakończenie dziękuję firmom audiomagic.pl i mp3store.pl za udostępnienie słuchawek do recenzji.

wtorek, 10 grudnia 2013

Audiofil też Asceta ? Earsonics S-EM6

W dzisiejszym odcinku Kloss zamorduje Stirlitza i Hitler wygra wojnę. A zrobi to przy akompaniamencie Dud Jerychońskich, z dachu kurnika prezydenta. I to by w sumie było tyle. Ale, że spoczywa na mnie jednak społeczna odpowiedzialność za rzetelne opisy sprzętu, to Kloss będzie z widelcem latał w kolejnych odcinkach, dzisiaj znowu będzie o słuchawkach. Ha i to nie byle jakich słuchawkach, bo 6-cio przetwornikowych, uniwersalnych flagowcach firmy Earsonics, modelu S-EM6. 



Zabierałem się do nich z wielką ciekawością, troszkę przez pryzmat ceny (945Euro) a troszkę przez ilość driverów i konfigurację. "Jak im to tam wlazło", chciałoby się zapytać. Ja, choćbym i butem upychał nie wyobrażam sobie zmieścić tego wszystkiego w uchu, a rzekłbym, ucho mam niemałe. Francuzom (frencz alert!!) udała się ta sztuka. Wystawili jednak na mocną próbę moje narządy słuchu. 


Komfort i budowa 
No i jak tu napisać o braku czegoś i być przy tym delikatnym, tak, żeby nikogo nie obrazić. Chciało by się wzorem Clarksona zapytać: "Czy ONI są szaleni!?". Co im do łbów strzeliło, robić tak wielkie i niewygodne słuchawki? Bo że są one OGROMNE to nie ma wątpliwości. A, że przez to są też niewygodne? No, ba! Udało Wam się kiedyś do ucha zapakować sandał? Nie, to macie okazje, i to już za niecałe 1000 ojro. Na Ety mówi się Ear-Rape, ale to? Toż to rozmiar afrykański. Serio. No nic, ale poza dziwną wypustką do wewnątrz ucha (bo niby czemu Francuzi mieli by ją zrobić na zewnątrz - przecież byłoby brzydko nie? Tak jest tylko niewygodnie, ale za to jak ładnie), która masakrycznie uwiera małżowinę, i powoduje, że macie ochotę wszystkich udusić surowym makaronem, nie jest tak źle. Wprawdzie tulejka ma kształt rozdeptanej rurki i średnicę trochę większą niż T100, ale mniejszą niż T400 (tak naprawdę to ma rozmiar francuski - zupełnie jak zestawy śrub stosowane w francuskich samochodach), da się na nią naciągnąć Shure Olives, ale już dołączone do zestawu Biflange, zostają w uchu przy wyciąganiu słuchawki. Po użyciu oliwek zrobiło się znośnie. Na tyle, że wytrzymałem z nimi tydzień testów, nie gryząc i kopiąc jak wściekłe zwierzę. Trzeba jednak przyznać, że obudowa jest solidna, kabel przypomina ten z Westone4R, jest odpinany i naprawdę wygodny. Trochę za krótkie odcinki pamięciowe, da się jednak znaleźć właściwą pozycję w uchu i za nim. Efekt mikrofonowy też jest prawie niezauważalny. Znaczy jak to u Francuzów - geniusz miesza się z totalną rozpierduchą, dobre rozwiązania z katastrofalnymi (wiem co piszę - miałem 4 francuskie auta, piłem francuskie wino, jadłem Coq au vin). Znaczy wiem na co ich (Francuzów znaczy się), stać i jak potrafią swoje genialne pomysły zniszczyć niedbalstwem lub zwykłym porzuceniem tematu.




Brzmienie
Po takim wstępie, chciało by się pociągnąć fatalny obraz słuchawek, ale najnormalniej w świecie się nie da. Znowu wychodzi francuski dualizm. U nich nawet jak potrawa ma zabijać genialnym smakiem to musi (koniecznie !!)wyglądać jak ofiara wypadku samochodowego. No i te słuchawki kultywują francuską tradycję z konsekwencją godną prawdziwego patrioty. Trzeba znieść prawdziwe katusze (i finansowe i w sferze komfortu), żeby dobrać się do "jądra", do istoty i kwintesencji smaku. Wtedy problemy z komfortem nie są już ważne, cena nie gra roli, a my czujemy się jak spełniony asceta i pustelnik, który dla osiągnięcia Nirwany poświęcił wszystko co doczesne. Jak więc grają te słuchawki ? Troszkę na modłę znaną z innych słuchawek Earsonics - lekko wycofaną górą. Ale tak naprawdę to tylko wierzch tortu, coś co rzuca się w uszy przy pierwszym odsłuchu. Ponieważ po nawet kilku minutach z nimi, nie mamy wrażenia, że czegokolwiek nam brakuje. Co więcej, czar jakości dźwięku pozwala zapomnieć o niewygodzie, o całym nieszczęściu jakie nas spotkało. Rozdzielczość tych słuchawek jest naprawdę na najwyższym poziomie, pozwala stawiać je w jednym rzędzie innymi słuchawkami które w tym temacie uważam za idealne (AH-D7100 i HE-5LE). Nie jakichkolwiek sybilantów, nic co mogłoby świadczyć, że się nawet gdzieś czają, a przy tym nie ma wrażenia, że ktokolwiek okradł nas z wysokich tonów. Fakt, są cofnięte, ale nie na tyle, żeby gdzieś zniknąć. Po prostu nie epatują swoją obecnością. Średnie tony, to kolejny krok w muzycznym spełnieniu. Są po prostu świetne, wielowymiarowe, głębokie i nasycone. Całość przekazu sprawia wrażenie lekko ciemnego, dzięki dosyć intymnemu przekazowi tonów średnich. Lekko wycofana góra dokłada się do przyciemnienia przekazu. 



I jeśli myśleliście, że to największe zalety tych słuchawek, to teraz przychodzi bas. A raczej BAS, bo jest to bas dla największych koneserów, audiofili bassheadów, którzy są w stanie docenić jego jakość. Tak wielu faktur basu na raz nie słyszałem nigdy, nawet na słuchawkach planarnych. Ba, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jest to najlepszy bas jaki w życiu słyszałem. Jest głęboki, nisko schodzący, zarazem miekki i twardy, ma wszystkie zalety szybkiego przetwornika armaturowego (punktowość i szybkość), ale nie ma wad. Po tygodniu z tymi słuchawkami, ER4S wydały mi się strasznie nerwowe, sybilizujące, do tego mocno odchudzone i nawet nieprzyjemne w brzmieniu. Zaczęło mi nawet brakować nacisku na małżowinę. A to jeszcze nie wszystko. Bo scena generowana przez te słuchawki to kolejny element wyróżniający je z tłumu. Nie jest przesadnie głęboka, ale wyraźnie podzielona. To co ma być blisko i intymnie jest blisko i intymnie. To co ma nam grać z oddali i towarzyszyć muzyce, dokładnie takie jest. Źródła pozorne są wyraźnie wyczuwalne, separacja jest na bardzo wysokim poziomie. 



Podsumowanie
Na szczęście, przy testowaniu tych słuchawek, problemy miałem tylko na początku, później już tylko zniecierpliwienie, kiedy znowu będę mógł wrócić do odsłuchów. Na koniec zacząłem się zastanawiać czy nie kupić tych słuchawek. Decyzji o wydaniu 954 ojro nie podjąłem w sumie tylko dlatego, że przed świętami ich najnormalniej nie mam. Natomiast mam wrażenie, że cena mogłaby być trochę niższa. Ot takie 799 ojro zrobiło by na mnie dużo lepsze wrażenie, a i nie miałbym poczucia, że ktoś mnie jednak obrabował :) Chociaż ten bas....

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Earsonics SM64 - Audiofile na start.


Hejo, hej.
Dzisiaj będzie audiofilsko. A wszystko za sprawą francuskiej firmy Earsonics, która słuchawki SM64 umieściła w dziale "audiophile" u siebie na stronie. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale o tym oczywiście później.




Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą byłem kiedyś szczęśliwym posiadaczem słuchawek Westone 4R. Są to słuchawki 4ro przetwornikowe, w przeciwieństwie do SM64, które mają 3 przetworniki. Ale już zupełnie nie przeciwnie, obudowa jednych i drugich, wygląda jakby była zaprojektowana przez tą samą osobę. A jeśli nawet nie, to już na pewno wycięta z tej samej wycinanki. Kształt ma prawie identyczny (oczywiście są różnice wizualne, ale niewielkie). Ale czemu wspominam o Westone? A jakoś tak, zupełnie bez powodu...




Wyposażenie
Żeby na początku było miło, to należy rozpocząć recenzję od najmniej kontrowersyjnej części, czy od opisu słowno-muzycznego zestawu, który do mnie trafił. Spiesząc zaspokoić Wasze pragnienia poznawcze, w zestawie mamy słuchawki, tipsy i futerał. Dosyć nowatorskie podejście, przyznacie? Szczególnie jak na fancuski wyrób, ponieważ jest wszystko co być powinno...Nie ma nic szalonego, ani pokręconego. Wygląd standardowy, zestaw kompletny. Zło się jednak czai za rogiem. Coś musi być nie tak, inaczej Francuzi stracą swoją renomę. Przeczuwając najgorsze przechodzę do następnego punktu





Komfort i użytkownie
Ha ! Demoniczny doktor zło objawił się szybko i precyzyjnie jak skalpel urżnął moje marzenia o idealnych słuchawkach. Już teraz wiecie, dlaczego wspomniałem o Westonach. Z tych słuchawek zrezygnowałem z powodu komfortu, a raczej z powodu braku komfortu. Mianowicie, przy całej genialnej konstrukcji Westone zapomniało, że im dłuższa tulejka tym większy zakres możliwych tipsów do wykorzystania. No i ja miałem z tipsami ogromny problem, traciłem seala zaraz po aplikacji, przy najmniejszym ruchu. Pomimo mojej wielkiej miłości do tych słuchawek, dużo wygodniejsze (!) okazały Etymotic. Tak, skoro Ety są w jakimś aspekcie wygodniejsze, to świat się kończy. A w SM64 tulejka jest jeszcze krótsza, minimalnie, ale jednak. Do tego biflange, które są w zestawie to chyba T200, więc bez kleju nie podchodź.  Za każdym razem zostawały w uchu. Na szczęście miałem jeszcze swoje Shure Olives, z czasów kiedy mordowałem się z Westonami, więc sięgnąłem po nie w akcie desperacji. A jak wielka to desperacja, niech odpowie fakt, że to wersja L tych pianek (ponad 1cm średnicy). No i na szczęście udało się złapać seal. Do pierwszego kłapnięcia żuchwą wprawdzie, ale jednak się udało. Bitwa wprawdzie wygrana, ale wojna trwa. 1:0 dla mnie, recenzja będzie...




Granie i brzmienie
O Earsonicsach słyszałem już sporo, raz nawet prawie kupiłem wersję SM2v2 od kol. Pasiastego. Ale wtedy naszło mnie na Westone, no i znowu Earsonics zostało gdzieś z boku. Dzisiaj jednak je już mam (nie moje, ale na dłużej) i słucham. I właśnie się zastanawiam, czy nie jest przypadkiem tak jak ze smakiem, że co jakiś czas gust nam się zmienia. Kiedyś mogłem jeść wszystko (poza wspomnianą już kilka razy zupą cebulową), teraz do zestawu rzeczy niejadalnych dołączył krem z dyni (eee fuj...), Kiedyś pochłaniałem kilo jabłek dziennie, aż dorobiłem się pseudonimu "japkojad", dzisiaj okazjonalnie jedno, raz na jakiś czas. No a z dźwiękiem? Od dawna preferuję analityczne, wręcz chłodne granie. ma być szeroko, umiarkowanie głęboko i koniecznie szczegółowo. A tutaj dostaję coraz to kolejne słuchawki, w których jest dokładnie odwrotnie niż lubię, i nie dostaję z tego powodu drgawek. Co więcej, słucham tego z przyjemnością, nie mniejszą niż swoich ulubionych zestawów.




Zacznę od najsłabszego elementu w brzmieniu Earsonicsów. A mianowicie wysokich tonów. Konstruktorzy w Earsonics, mają chyba jakieś uczulenie na sybilanty, bo przy 5kHz jest dołek, a raczej Rów Mariański. -25dB !!! Kto na to wpadł? Aaa zapomniałem, Francuzi. To naprawdę wiele tłumaczy. Kto widział sposób zamontowania radia w Citroenie CX zrozumie, a kto nie rozumie, niech się dokładnie przyjrzy. Daje to efekt iście karykaturalny, tak dobrze ukrytych sybilantów jeszcze nie słuchałem. Dzięki temu mamy wrażenie cyfryzacji wysokich tonów, hihatów po prostu nie ma, a talerze grają trochę bez wyrazu. SRSLY, jak można było taki numer popełnić. Na szczęście wystarczy dać +10dB dokładnie w punkcie 5kHz i robi się fajnie. Za to po raz pierwszy w utworach Blank&Jones'a usłyszałem igły upadające za sceną. Tylu superwysokich wysokich, to nie wyłapałem na żadnych innych słuchawkach. Na blogu http://rinchoi.blogspot.com znalazłem pełne pomiary. Dla pobudzenia wyobraźni wkleję tylko jeden:




No ale skoro najgorsze mamy już za sobą, to teraz może być już tylko lepiej. I jest, dużo lepiej. Średnie tony to majstersztyk. Serio, wielowymiarowość, mnogość faktur i wypełnień. Rarytasik. Nie zauważyłem wycofania względem wysokich (raczej odwrotnie), za to przy ilości basu, może się wydawać, że są trochę cofnięte. No i właśnie o te basy chodzi. Od pierwszych taktów wiemy, że będzie ich dużo, i że będą schodzić nisko. I faktycznie tak jest. Jednak są dosyć jednostajne. Ot są, ale jakoś bez specjalnego polotu. Chociaż faktycznie braku kontroli zarzucić im nie można. Kontrola jest wręcz fenomenalna. Nie zalewają nic, czasami potrafią być efekciarskie. Jednak po Denonach AH-D7100 nic już nie będzie w tej kwestii takie jak przed przygodą z Denonami. 

Scena w tych słuchawkach to jest coś na co warto zwrócić uwagę, tuż po separacji. Wszystko ma swoje miejsce, źródła pozorne są świetnie rozróżnialne, plany ładnie poukładane.

Podsumowanie 
No tak, jak na francuski produkt przystało, mamy mocne wahania formy. Z jednej strony świetny, kompleksowy przekaz muzyczny, z doskonałym wypełnieniem i sceną. A drugiej fatalny dół na sybilantach i oszczędność 0,5mm w długości tulejki. Słuchawki są jednocześnie świetne i fatalne. I tak naprawdę jeśli udało by mi się zrobić coś z wygodą aplikacji, to pewnie bym na nie zachorował. A tak muszą szukać kogoś komu aplikacja nie spowoduje problemów. Wtedy może się okazać, że to najsilniejszy konkurent w segmencie uniwersalnych multiarmatur.

ps. Czy wspomniałem, że Westone4 są Made in ChRL(moje były), natomiast Earsonics składane są w całości we Francji? Nie ? Aaa to przepraszam - tak właśnie jest.

ps2. A czy napisałem, że do testów dostarczył mi je Audiomagic.pl? I że można je za PLNy zakupić w kraju nad Wisłą. 

ps3. W teście uczestniczyły: AK120, iPhone 4S, iMod Video + iBasso T5, pliki FLAC (16 i 24 bit), moje uszęta, gruntownie przez Laryngologa na spółę z Audiologiem przebadane. Do tego wymiecione z robaków i syfu :)


czwartek, 3 października 2013

Ja się na Klossa nie pisałem, czyli jak mjr. Tuleja iBasso testował


        Od kilku tygodni, cały audiofilski internet, zorientowany na przenośne audio, żyje premierą iBass DX50. Zostałem wytypowany, jako człek zaufania publicznego, do przeprowadzenia sądu nad tym urządzeniem. Jako, że posiadam AK120, były podejrzenia, że nie popadnę w hurra-zachwyt, i ocenię go obiektywnie. Za chwilę, pojawiły się kolejne głosy, że nie będę obiektywny, bo przecież nie napiszę, że jest lepszy od AK120 (a podobno jakiś szaleniec na Head-Fi sprzedał swojego AK120, bo nabył DX50). Już na wstępie przynajmniej możemy jedno potwierdzić. Ci drudzy mieli trochę racji, bo o ile będę maksymalnie obiektywny, to na pewno DX50 lepszy od AK120 nie jest :) Ale o tym na końcu.



       Urządzenie dotarło do mnie w brązowym kartonowym pudełku, na którym zaznaczone są już palce któregoś z dobierających się do wnętrza poprzednich testerów. Po otwarciu Ukazało się mym oczom cudo, na które wielu czeka. Poza nim, w pudełku był jeszcze pokrowiec-skarpeta, i 2 kabelki. Tutaj należy się iBasso mały medal. Kabel Coaxial to nie jakiś żarcik, jak w przypadku FIIO, tylko kabel pełną gębą.  Ta skarpeta to jakiś żart jest jednak, i tutaj FIIO dało lepszy ochraniacz. Urządzenie ma wymiary iPoda Video/Classic, jest od nich troszkę grubsze. Jednak wagowo to waga lekka. DX50 waży 92 gramy, gdzie AK120, chociaż mniejszy, waży całe 62 gramy więcej(wyniki z mojej wagi do odmierzania drożdży do chleba). Znaczy kałach ma cegły w środku, no bo przecież obydwa z amelinum, obydwa mają ekran i guziki. No chyba, że 64GB ram tyle ważą. Tutaj mała uwaga dla przyszłych recenzentów - ważcie grajki tak, żeby nikt nie widział. Żona weszła do kuchni właśnie wtedy kiedy postanowiłem sprawdzić różnicę w wadze. Usłyszałem za plecami tylko:"Do reszty Ci się na mózg rzuciło z tymi Twoimi grajkami ?" i poszła...



       Podpinam więc słuchawki i uruchamiam graja. Zrobiłem sobie zestaw testowy, mam z czym porównywać (AK120, iPod Classic, iPod Video, iMod + iBasso T5). Wciskam power i cisza...No nic, naciskam go 3 sekundy. Cokolwiek na ekranie pojawia się po 5, a cały graj wstaje po około 15s. Niby źle nie jest, ale Rockbox wstaje błyskawicznie, a AK120 podobnie jak DX50. Tylko ten brak reakcji, siakiś taki...NO nic. Karta w dziub, paczym na listę. No właśnie, paczym...Ekran. 2,31" TFT o rozdzielczości 320x240 px. Tyle co AK120. Ale na DX50 mam wrażenie jakby rozdzielczość została uzyskana dzięki technologi interlace. Obraz mi drży. No tak, tyle, że ja nie będę go oglądał a słuchał. Sam interface bardzo podobny do tego w AK120, dosyć intuicyjny, od razu wiedziałem co gdzie jest. Do tego sam dotyk działa o niebo lepiej niż w AK120. Tutaj olbrzymi plus. Dotykamy delikatnie i jest, nie trzeba się upewniać. Na budowanie biblioteki nie chciało mi się czekać, więc zacząłem buszować po plikach. Nieciekawie, zupełnie jak w kałachu. Nie da się szybko skoczyć do samego dołu listy, trzeba się naprzewijać. Jeszcze gorzej jest jak wejdziemy do katalogu i z niego wyjdziemy. DX50 nie zapamiętuje pozycji, tylko zawsze lądujemy na początku listy. Masakra. Przewinięcie listy, pomyłka przy wejściu do katalogu ZZTOP, wyjście, przewijamy, znowu pomyłka, lądujemy w Zakopower, wychodzimy, przewijamy, jest udało, się, mamy Zen Tea. To się może wydawać śmieszne, ale jakoś tak, jak mam na liście kilkaset katalogów, nie jest mi do śmiechu, jak muszę tego szukać. Trzeba planować ułożenie plików już na etapie zasilania urządzenia. A co do zasilania, to iBasso twierdzi, że DX50, ma 8GB pamięci wbudowanej. Twierdzi, bo do dyspozycji użytkownika mamy tylko 6GB. iPody, Kałachy, a nawet FIIO X3 mają do dyspozycji pełną, podaną w specyfikacji pamięć. Za to DX50 tą pamięć zapisuje z prędkością prawie 7 MB/s. A to już wynika bardzo dobry. AK120 osiąga maksymalnie 5,5 MB/s, ale znowu dyskowe iPody sięgają 15 MB/s. Trochę mnie denerwował komunikat Media Scanning, ilekroć player miał problem z dostępem do plików, został odpięty od USB lub cokolwiek wydarzyło się z kartą. 



            Kolejna dziwna cecha dotyczy głośności, a dokładniej pogłaśniania. Urządzenie ma 254 krokową głośność, z 3ema poziomami podbicia. Jeśli przy wyłączonym ekranie spróbujemy zmienić głośność, to się nam nie uda (zmiana utworu już działa normalnie), a jeśli przy włączonym ekranie będziemy chcieli ściszyć lub pogłośnić, to pierwsze naciśnięcie przycisku tylko uruchamia podgląd głośności, dopiero drugie (i kolejne) zmieniają głośność. Nie da się ani bardzo szybko ściszyć, ani pogłośnić, sama formatka na ekranie jest nieaktywna. Trzeba niestety odczekać swoje. I właśnie przy zabawie głośnością trafił mi się nieprzyjemny przypadek. Jechałem samochodem, próbowałem pogłośnić, kilka razy nie trafiłem w guziki jak powinienem i nagle, DX50 pogłośnił się sam, do maksymalnej głośności, nie dając mi możliwości ściszenia. Jak już udało mi się urządzenie wyłączyć i włączyć, pokazał się pierwotny poziom głośności (ten od którego zacząłem zabawę). Musicie mi uwierzyć na słowo, że wyrywanie doków z ucha, w czasie jazdy samochodem, i próba przywrócenia słuchu, nie należy do najszczęśliwszych wydarzeń dnia. Później udało mi się tą sytuację wywołać jeszcze dwukrotnie, ale im bardziej chciałem, żeby się to powtórzyło, tym DX50 stawał się bardziej oporny i w końcu od dobrych kilku godzin nie udało mi się go zawiesić. No i po ugrade do wersji 1.2 problem z pogłaśnianiem przestał istnieć. Teraz działa również przy wyłączonym ekranie.


          Na koniec opisu funkcjonalnego zostawiłem sobie wisienkę w postaci USB OTG. Urządzenia bowiem, obsługuje coś takiego. Od razu ostudzę zapał niektórych. Chodzi o urządzenia niskoprądowe - pendrive, inne DAPy i tego typu urządzenia. Dysk 2,5" wymagał już własnego zasilania. Nie zmienia to jednak faktu, że funkcja jest boska i czasem ratuje świat. Urządzenie musi spełniać jeden warunek - FAT32, to format obsługiwany. Koniec.


            Skoro napięcie sięgnęło zenitu, to chyba wreszcie warto odpowiedzieć na pytanie jak toto gra...Ano Toto to jeden z moich ulubionych zespołów. Dziękuję, do widzenia :)


             A poważnie. Sprawa z pozoru skomplikowana, jest tak naprawdę bardzo prosta. Gra bardzo dobrze. I chyba o to właśnie chodziło. Jeśli miałbym porównać do któregoś z wymienionych wcześniej sprzętów, to najbliżej mu do iPoda Classic.Ale mimo wszystko gra lepiej od Classica, zachowując przy tym jego charakter. Gra również całkiem podobnie do AK120, ale tylko w zakresie dolnych i średnich rejestrów. Różnice są, i to niestety spore. Ale o wadze tych różnic każdy powinien zadecydować sam. Ogólnie jeśli miałbym oceniać, to DX50 jest naprawdę naturalny i neutralny. Jedyna niepokojąca sprawa to dynamika. Jest naprawdę zauważalna różnica pomiędzy poziomami głośności poniżej 200 a powyżej. Powyżej muzyka nabiera kolorów, blasku. Perkusja przestaje być lekko matowa, nabiera życia. Całość ma po prostu pie*dol*ięcie. Efekt był bardzo wyraźnie słyszalny na Etymoticach ER4S, trochę mniej na Denon AH-D7100. Wróćmy jednak do barwy, bo temat nie został całkowicie wyczerpany. Przeczytałem, że DX50 ociepla przekaz. Warto w tym momencie doprecyzować co to znaczy, bo ludzie zwykli tak mówić, kiedy pojawi się więcej basu. I to dowolnie, czy jest to sub-bas, czy kick-bas, ważne, że jest go więcej, znaczy ociepla. DX50 nic nie ociepla, basu rzeczywiście jest jakby więcej (względem iPoda Video), ale to wrażenie wynika nie z ilości, a z faktury i wybrzmiewania. DX50 po prostu nie pozostawia pustej przestrzeni w dźwięku. Nic nie ginie, nie znika samo z siebie. Po prostu wybrzmiewa. Ma wprawdzie lekkie braki w sub-basie względem AK120, ale w sposobie prezentacji niskich i średnich tonów podobne numery robił Cowon X5. To największa siła w prezentacji, ponieważ dźwięki się w żaden sposób nie zlewają, są wyraźnie rozróżnialne, a mimo to tworzą całość. Mimo tych zalet, jest lekka naleciałość basowa na średnicę. Kobiece wokale, głównie te altowe i kontraltowe brzmią jakby były niższe niż w rzeczywistości. Męskie wokale za to mają genialną głębie i czar. Na koniec zostawiłem sobie najbardziej kontrowersyjny fragment pasma DX50. Tutaj już jest pełen sajgon w opiniach. Od informacji o tym, że jest roll-off, do pełnego zachwytu stwierdzenia o genialnej szczegółowości. Ja nie zauważyłem nic godnego potępienia, wysokie są co najmniej dobre. IMHO wycofane wysokie tony, powodują, że czegoś nie słychać, albo słychać słabiej. Tutaj nie ma takiego wrażenia. Wszystko ma swoje miejsce w szeregu, separacja jest naprawdę bardzo dobra. Najsłabszym aspektem jest rozdzielczość. Porównując do telewizji , to DX50 to film w 720p a AK120 w 1080p. I tak, różnica rozdzielczości jest aż tak wyraźnie słyszalna. Nie powoduje to wcale, że DX50 jest słaby, o nie. Po prostu AK120 jest równocześnie i muzykalny i bardzo analityczny. Natomiast o ile z tą muzykalnością DX50 jest bardzo dobrze, to już ta analityczność nie specjalnie daje radę. 


            Jak już wcześniej wspomniałem separacja jest na wysokim poziomie, a to powoduje, że dzięki temu i holografia ma się naprawdę dobrze. Źródła pozorne są łatwe do zidentyfikowania. Scena bardziej głęboka niż szeroka, ma tendencję do okładania się ponad słuchaczem bardziej niż przed nim. iBasso DX50 podłączyłem również do iBasso T5, przez złącze Line OUT. Delikatnie zmienił się charakter grania, pojawiło się więcej wysokich tonów, jednak rozdzielczość się nie zwiększyła, przez co, zabrzmiało to trochę jak sztuczna equalizacja. 
             Na koniec o mocy. I tutaj jestem szczerze zaskoczony. Bo jedyne co w tym temacie przeczytałem, a czytałem wiele, to fakt, że jest za słaby. Słaby to on nie jest, spokojnie (głośność 242, gain high) poradził sobie z HE-5LE. Na gain low całkiem nieźle radzi sobie z ER4S i Denonami AH-D7100. Zaznaczyć jednak trzeba, że DX50 szumi. Szumy słyszałem na Denonach i ER4S, i wraz z podbijaniem Gain były coraz wyraźniejsze. Na HiFimanach był spokój. Nie są to jednak szumy wpływające w jakikolwiek sposób na komfort odsłuchu. Ot są, ale między utworami, bo w trakcie nawet cichych partii nie doszukałem się żadnych niepokojących dodatków. Żadnych trzasków, pisków, szumów czy innych pyknięć. Wszystko jak trzeba. Takie iPody z dziury szumią przy DX50 jak brzozy w czasie wichury.


            Nadszedł czas na podsumowanie. Przez ten czas, w którym oczekiwałem na iBasso naczytałem się różnych dziwnych tekstów. Jeden z nich mówił, że głównym konkurentem dla DX50 jest AK100. W moim przekonaniu jest nim jednak FIIO X3. Produkt iBasso jest obarczony wieloma chorobami "dziecięcymi". Zastosowane są genialne rozwiązania, razem z takimi kompletnie niedopuszczalnymi. Umiejscowienie gniazd w DX50 jest po prostu megafatalne. Coaxial jest na górze, a wyjście słuchawkowe na dole. Całość pakujemy do dołączonej skarpety i do każdej czynności musimy wyciągać całe urządzenie. Albo przełącznik HOLD. Aby go odblokować, należy przesunąć go w kierunku gniazda słuchawkowego. Czyli przy każdym włożeniu DX50 do ciasnego pokrowca/kieszeni, tak aby wystawał nam wtyk słuchawek, będziemy mimowolnie wyłączali HOLDa. Na pochwałę za to zasługuje sposób zakrycia wymiennej baterii. Urządzenie nie ma żadnych luzów, a dla osoby nie wiedzącej o baterii, sprawia wrażenie monolitu. 


              Wracając jednak do pozycjonowania względem konkurencji na rynku, to DX50 jak już wspomniałem, jest raczej konkurentem dla FIIO. Pomimo większej użyteczności (USB OTG, wymienne baterie 3 poziomy Gain), jest jednak wejściem iBasso w świat DAPów. iriver i jego seria Astell&Kern, czy Colorfly C4, czy HiFiman, to produkty "dorosłe", mające swój charakter. Ale przede wszystkim, pomimo różnic w balansie tonalnym czy sposobie prezentacji, mają bardzo wysoką jakość dźwięku. Ja tą jakość odbieram głównie przez rozdzielczość dźwięku, bogactwo faktur i mnogość niuansów. W tym aspekcie DX50 bije konkurenta od FIIO na głowę, nie mówiąc już o grajkach z pod znaku nadgryzionego jabłka (jedynie iMod w tej kategorii broni się dzielnie). Jednak wystarczy posłuchać Gates of Istanbul Loreeny McKennitt żeby zrozumieć tą różnicę. Dla jednego będzie ona warta ten tysiąc złotych dla drugiego nie. 
Nie zmienia to jednak faktu, że w cenie prawie 300$ jest to produkt genialny, fenomenalny i jeśli tylko iBasso ogarnie soft do końca, to będzie to również produkt kompletny.


Sprzęt do testów udostępnił mp3store.pl