piątek, 24 maja 2013

Kup Pan kabel.

Dzięki jednemu z kolegów dotarłem dzisiaj do aukcji:

http://allegro.pl/entreq-challenger-kabel-do-hifiman-audeze-hd800-i3267838816.html



Fajna cena, pomyślałem. 3200 za kawałek miedzi, to w sumie deal roku. I już miałem wcisnąć "Kup Teraz", jednak uznałem, że najpierw przeczytam opis do końca. Bo może dalej, dowiem się czegoś o czym do tej pory nie wiedziałem. No i masz. Już na początku jest, długo wyczekiwany kwiatek, przebiśnieg zwiastujący wiosnę i nowe powody do darcia łacha:


"Przed podłączeniem myślałem ,że po wygrzanym Konstantinie będzie tragedia .
A tu niespodzianka .Lepsze wypełnienie , dynamika , szczegółowość , przestrzeń o wiele lepsza . I ten stoicki spokój :) Bajka .Aż ciekaw jestem co będzie za 200 godzin"


 Z litości pominę podpis. Z potrzebą wygrzewania kabla spotkałem się w głębokim PRLu. A zdarzało się to w przypadku cud tworów polskiej myśli motoryzacyjnej. Chodziło o problem z uruchomieniem samochodu w niesprzyjających warunkach atmosferycznych (znaczy każdych). Należało wtedy wypiąć kable wysokiego napięcia z auta, wysuszyć, co najczęściej robiło się w piekarniku, stąd termin "wygrzewanie", szybciutko zamontować, odpalić i odjechać w kierunku zachodzącego socjalizmu. No ale tamto spowodowane było brakiem nowych kabli WN i uszkodzeniem starych (uszkodzenie ciągnęło się od nowości zazwyczaj). A tutaj ? Nowy kabel, w cenie samochodu, i od razu uszkodzony ? Ale jak są przebicia to kopać będzie...Nie, nie dla mnie takie felerny kabel.

Ok, ale skoro zacząłem czytać, to może skończę, może znajdę tak jeszcze coś ciekawego ?
No i masz, od razu trafiam na fragment testu naszego złotouchego, niedoścignionego i wspaniałego p. Wojciecha Pacułę, który testował ów kabel.

Mam takie wrażenie, że dla niektórych jakość dźwięku można opisać równaniem matematycznym. I będzie to funkcja wykładnicza, w której jedyne wartości wpływające na jakość to cena i egzotyczność marki. Im firma mniejsza, bardziej egzotyczna i oczywiście droga, tym lepsza jakość proponowanych przez nią produktów. Na cholerę nam rozpasane działy R&D (research & development), po co badania, testy i poligony atomowe. Wystarczy złote ucho, lutownica (żeby na opakowaniu, koniecznie drewnianym, wyryć swoje inicjały) i montujemy super drut. A potem wystarczy sprzedać jeden egzemplarz i jesteśmy ustawieni do końca życia. No bo po co się rozdrabniać, od razu walimy cenę 1mln pln i mamy spokój. Ktoś to na pewno kupi, bo skoro tyle kosztuje, to coś w tym musi być.

Pamiętajcie jednak - pomysł na biznes był mój. Domagam się tantiem...

Do zoba.