czwartek, 6 czerwca 2013

Sound Magic HP100 - Czyli jak ważny jest tor i jego spasowanie ze słuchawkami.

   
Kilka dni zbierałem się do napisania tego testu. A wszystko dlatego, że z każdej strony czytałem, że to naprawdę dobre słuchawki, a egzemplarz który otrzymałem grał do bani. Aż zdarzył się cud - Sound Magic zagrały. Zagrały na tyle dobrze, że nie ściągam ich z uszu od kilku godzin. A wszystko przez jednego posranego Chińczyka, który się wreszcie zlitował i wysłał mi moją ekspresową przesyłkę, wystawiając moją cierpliwość na raptem miesięczną próbę. Słuchawki otrzymałem z mp3store z zapewnieniem, że są już wygrzane (tak, tak - wygrzewanie słuchawek to nie element AudioVoodoo), postanowiłem je więc od razu przetestować.


Podejście nr1. - Dno, 3 kg mułu i tona wody nad głową...

W domciu podłączyłem słuchawki do wzmacniacza Black Pearl, zasilanego z DAC DIY zbudowanego przeze mnie z części i wg projektu z Audiophonics.fr, a opartego na układzie BurrBrown PCM1796. Pierwsze wrażenie było nieciekawe, nawet zastanawiałem się jak przekazać osobie odpowiedzialnej za ten produkt, że nie nadaje się on do sprzedaży. Dźwięk był fatalny, wyprany i matowy. Schowałem więc słuchawki celem wygrzania do szafy, podłączone do playerka. Poczekamy, zobaczymy.

W tak zwanym międzyczasie postanowiłem dokończyć projekt zwany przeze mnie FCL, abym był z niego w  pełni zadowolony. Do tegoż właśnie projektu, wspomniany wcześniej, mieszkaniec kraju środka, miał mi wysłać obudowę. Dlatego, w pewnym sensie, zmuszony byłem korzystać z Black Pearla jako jedynego wzmacniacza do mojego systemu. Na nim to właśnie próbowałem posłuchać HP100, i dopiero później okazało się jak wielkim było to błędem...

Ale, żeby recenzji stało się za dość należy ją prawidłowo rozpocząć.

Wstęp czyli rozwinięcie początek środka końca.

 Słuchawki otrzymałem w białym kartoniku, w którym, dość nietypowo dla tej półki cenowej, znalazłem twardy pokrowiec. W pokrowcu informacja, że zostałem VIP dla Sound Magica, ściereczka do polerowania słuchawek (mamo), adapter samolotowy, konwerter na dużego Jacka i karabińczyk. Ten ostatni nadal nie wiem do czego, ale na pewno zastosowanie znajdę...

 Wyposażenie, to coś co od razu przypadło mi do gustu (szczególnie ten futerał) i od dawna kombinowałem, jak tu się dobrać do tych słuchawek. Szczególnie, że egzemplarz, który do mnie trafił to już 3cia wersja (oznaczona nie wiedzieć czemu jako rev.2). Do tego pełnowymiarowe, wokółuszne słuchawki, które są lekkie i dobrze przylegają do głowy i mamy coś co aż chce się zabrać na chodzenie po mieście. 
 Samo wykonanie stoi na najwyższym poziomie. Nie jest to typowy chiński produkt. Ten jest zdecydowanie powyżej średniej. Pałąk obity skórą (imitacją ?), podbity miękką gąbką. Nauszniki podobnie. Wszystko wygodne i solidne. W tym miejscu należało by jeszcze wspomnieć, że słuchawki mają odchylane muszle, co wskazywałoby na grupę docelową (DJ). Dzięki temu, że i prawa i lewa się odchyla, mogą ich używać i lewo i prawo uszni didżeje.

Brzmienie, a więc środek początku końca.

Po niezwykle traumatycznych przeżyciach z Chińczykami, poskładaniu do kupy (znaczy w całość a nie do tego... no wiecie czego) Fat Cube Lineara (kurde jak to zajebiście brzmi), postanowiłem coś zmienić w swoim audio-nie-filskim żywocie. Mianowicie, uznałem, że skoro tyle osób opowiada mi jakie to K550 są słabe, należy sprawdzić dlaczego polecane przez wszystkich Shure 940 czy takie Ultrasone Pro 900 są od nich lepsze (tak, ja dzielę słuchawki przede wszystkim na zamknięte i otwarte, więc to dla mnie ta sama konkurencja). Podłączyłem najpierw Pro 900, jako, że byłem (zauważcie to słowo) nimi mocno zainteresowany. Widząc w nich następcę swoich K550, założyłem je na głowę i ... od razu zdjąłem. Góra (a raczje jej ilość jest nie do przyjęcia). Wysokie tony mnie po prostu zabiły. Wrócę do nich na emeryturze, wtedy i tak nie będę nic słyszał, więc mnie nie zabiją (hint dla Grado-fanów - jeśli uważacie, że Wasze słuchawki czyhają na wasz słuch i chcą was zabić wysokimi, to polecam sprawdzić Pro 900). Następnie zabrałem się za Shure, które okazały się być całkiem przyzwoitymi słuchafonami, ale bez fajerwerków. Ot dokładnie to czego można szukać do słuchania czegokolwiek. Ale mam wrażenie, że zanudził bym się z nimi na śmierć, a że młodym jeszcze i nie spieszno mi umierać, to nie o nich dzisiaj piszę. Jak już myślałem, że z poszukiwania następcy dla K550 będą nici, przypomniałem sobie o leżących na dnie szafy, wygrzewających się HP-100. Podłączyłem je najpierw do Perły i skrzywiłem się wspominając pierwsze podejście. No nic, znaczy one tak grają i nic z tego nie będzie. Ale po zmianie toru na niezawodny projekt Lehmanna, zmieniłem zdanie diametralnie. Jak widać z tego przykładu, Perła nie jest dla wszystkich i nie dla każdych słuchawek. Niestety nie jest też uber-ampem, nad czym ubolewam, bo bardzo mi się podoba.No dobra, ale piszemy o słuchawkach a nie moich zawodach miłosnych.

Także do meritum, biegusiem. Słuchawki są zdecydowanie ciepłe, i zdecydowanie jasne. Idealne połączenie wg mojej prywatnej oceny. Jeśli w Shure scena nam się kreuje przed twarzą a w K550 z boków i od frontu, to w HP-100 mamy wrażenie, że zrobiliśmy krok na przód. Dźwięk nas otacza (dosłownie), ale nie jest to granie spod czaszki, tylko bardzo kulturalne i harmonijne prezentowanie z wewnątrz wydarzeń. 

Bas:
Zdecydowanie wybija się na tle pozostałych częstotliwości, ale nie koniecznie ilością, a na pewno jakością i fakturą. Jest równocześnie miękki i twardy, przy popisach perkusyjnych mamy wrażenie przebywania bezpośrednio przed centralą. Bas równocześnie kopie i masuje. Ale masuje plecy i jest to doznanie fizyczne.

Średnie:
Kolejne zaskoczenie, bo skoro jest tyle basu, to średnica powinna być schowana, ale nic z tego. Saksofon czy wokale idealnie blisko i intymnie, perfekcyjne wybrzmiewanie gitar basowych, pięknie oddane pianino, instrumenty smyczkowe. Bajka i poezja. No i oczywiście szok

Wysokie:
Nie ma koca, nie ma wycofania, nie ma sybilizacji, za to są pełne i pięknie brzmiące talerze, super zaakcentowana gra na perkusji, rimshot jest bardzo wyraźny. Tak samo jak łatwość określenia w które miejsce uderzył perkusista używając crasha. Najlepsze są nie są ostre, za to super wyraźne. Słuchać się chce.

Muszę przyznać, że dawno mnie tak słuchawki nie zawchwyciły - ostatnio HiFimany HE-5LE, które są moim ideałem słuchawek otwartych. Dzisiaj HP-100 dołączyły jako aktualny ideał słuchawek zamkniętych, bardzo zbliżony w brzmieniu do planarnych słuchawek.

Podsumowanie także wreszcie mamy koniec początku środka.
  No i co by to napisać ? Może to, że już są moje ? Tak, po napisaniu recenzji, postanowiłem je kupić. Na szczęście bazuję na tym co lubię i nie patrzę do końca na cenę. Dlatego w swojej kolekcji słuchawek mam kilka egzemplarzy, które uchodzą za egzotykę i fanaberię zakupową...