piątek, 8 kwietnia 2016

VE Monk - pchełki, po prostu pchełki

Słuchawek dousznych nie miałem od czasu kiedy przestałem wierzyć, że iPhone to dobry telefon. Tak, zdarzało mi się zapakować czasami do ucha jakiś substytut słuchawek, coś co dawało szansę rozwinąć się w sferze mentalnej. Zawsze wtedy wyobrażałem sobie, że słucham muzyki, ćwiczyłem jak Jedi do walki z Sithem, męczyłem się okrutnie i na koniec zrezygnwany wracałem do użalania się nad sobą w ciemnym kącie pokoju. Moje życie, jak można się spodziewać, puste było jak garnek po rosole, a brak właściwie grających słuchawek dousznych powodował, że uciekłem w nałóg. Nałóg niesłuchania pchełek. I straszliwym zrządzeniem, jeśli nawet nie zrzędzeniem losu trafiłem na hajp na hedfaju, w którym "ktoś" napisał, że znalazł dobrze grające douszne słuchawki. Oczywistym było, że bredził, spity substancją wyskokową dla jankesów (zapewne Karotka z chrzanem i cebulą). Myśl o posiadaniu Monków (bo tak się owe wynalazki miały nazywać) porzuciłem całkowicie. Ale przy okazji ostatniej recenzji Mee P1, Audioheaven dorzuciło do paki jedną parę Monków, tak "dżast for kase ju łont to hir". No to sem posłuchał, wyjąłem zalegającą pod skarpetami trawę z sandałów i zasiadłem do klawiatury napisać coś mądrego.

No ale co mądrego można napisać o słuchawkach za 36 pln, do tego dousznych, kompletnie nieaudiofilskich. Przecież ten tekst pochłonie mi więcej czasu niż fabryce wyprodukowanie kolejnego miliona sztuk. Więc mamy tu masowo produkowane, tanie słuchawki douszne, z kablem i piankami. Grają. Koniec, pozdrawiam.

Nie koniec? Znaczy ma pisać dalej? Łeeee....

Słuchawki przychodzą zapakowane w 2 woreczki strunowe (wiecie, cena zobowiązuje - w biedronce widziałem takie, ale bez woreczka), w jednym słuchawki i wizytówka producenta, w drugim 2 pary pianek, tyle, że jedne zepsute, bo z dziurą na wylot. Monki zrobione są z dziwnego (dla mnie) plastiku, strasznie twardego, który dzwoni przy pstryknięciu. Sprawiają wrażenie produktu z lat 80tych. Do tego jeszcze jest dość gruby kabel, muszę przyznać, że niezłej jakości. Na kablu próżno szukać pilota do telefonu, nie mają też żadnego wysublimowanego wzornictwa. Ot słuchawki jakich wiele. 
Walnąłem sobie szklaneczkę Wędrowniczka i zabrałem się za odsłuchy...i muszę Wam przyznać, że Jankes nie kłamał. To "coś" gra. Na pewno jest to najlepsza jakość za dolara we wszechświecie. Nie da się po prostu kupić nic co będzie miało lepszą relację ceny do jakości. Nawet tania srajtaśma przegrywa, bo czasami się podrze i paluchy brudne... 
A tu nic, słuchawki grają, sprzęt się psuć nie chce, a mnie zabierać do pracy nic większego. 

Sprzęcicho podłączyłem do kilku swoich zestawów i pierwsza ważna cecha Monków to ich wrażliwość na tor. Nie to żeby były specjalnie wybredne, ale ich możliwości rosną razem z możliwościami całego toru. Druga ważna cecha to sam charakter grania. Toż to kompletnie nie gra jak małe słuchawki, charakterem najbardziej przypominają mi szkołę Beyerdynamica z modeli DT990 czy T90. Dźwięk jest bardzo przestrzenny i otwarty, ze świetną holografią i niezłą głębią. Bez pianek było delikatnie za ostro w zakresie sybilantów, ale pełne pianki załatwiają sprawę idealnie. Balans tonalny jest bez zastrzeżeń. Bas jest sprężysty, bardzo energetyczny, momentami dość niski, chociaż większą część czasu raczej obecny niż dominujący. Średnie tony są lekko rozrzedzone, wokale bywają podwyższone, lekko piskliwe, ale wydaje mi się, że to kwestia aplikacji samych słuchawek. Dopchnięte głębiej pozbywały się tych wad. Góra sprawia wrażenie lekko sztucznej, ale nie jest to jakiś wielki problem. Szybko jesteśmy w stanie o tym zapomnieć. Jak już wspomniałem, sybilizacje zdarzają się tylko w wersji bez pianek (znaczy w piankach z dziurą też).

 Słuchawki , jak już wcześnie wspomniałem, pokazują tym więcej im lepiej je zasilimy. Podłączone do Galaxy S6 lekko przymulały, po wpięciu w tor Cayin C5 dźwięk się otworzył, a po podpięciu do Teac HA-P90SD nabrał większej naturalności i okrągłości na górze. Całość przekazu dociera do nas z lekkiej odległości, niezależnie od toru (wynika to znowu z charakteru konstrukcji).
Ważne jest oczywiście, żeby słuchawki porządnie zaaplikować. U mnie jest z tym mały problem, bo same słuchawki (bez pianek) wypadają od razu, a wyposażone w uszczelniacze są delikatnie za ciasne. Niemniej jednak da się znaleźć złoty środek. A wtedy słuchanie to sama przyjemność. 

Oczywiście słuchawki jak najbardziej warte zakupu. Nie są to moim zdaniem słuchawki na miasto, nie nadają się też do domu. Portable niespecjalnie, bo i niespecjalna izolacja. W domu mamy zazwyczaj lepszy sprzęt i wybór między Monkami a czymś "dorosłym" jest oczywisty. Niemniej jednak jako słuchawki do biura sprawdzają mi się idealnie. Grają bardzo dobrze, nie zmuszają mnie do wyłączania muzyki kiedy ktoś do mnie mówi, nie boję się ich w biurze zostawić (nie kuszą sprzątaczki).

Słuchawki do recenzji dostarczyła firma Audioheaven.eu