piątek, 22 sierpnia 2014

Z wizytą u Wariata - czyli jak się robi najlepszy DAC lampowy nad Wisłą.


Jakiś czas temu miałem przyjemność (tak, tak), posłuchać i zrecenzować Citrone TubeDAC. Przetwornik cyfrowo-Analogowy produkcji rodzimego wariata od lamp. Tknęło mnie, co by się stało, jakby tak, poddać lampizacji Citrone mojego DAC opartego na Sabre i chińskiej płytce od Weilanga. Zdaję sobie sprawę, że kilku młodocianych filozofów zaraz zakrzyknie, jakie to ustrojstwo jest słabe i pobłądzone. Ale wiem czym są powodowani więc te okrzyki mam w tzw. otworze. Zadzwoniłem więc do p. Tomasza i porozmawiałem. Jako, że zbliżał się mój urlop, zaproponowałem, że poszukam jakiejś agroturystyki w okolicy i pojawię się u Niego ze swoimi zabawkami, w celu lampizacji (Sabre), poprawy(Cayin) i oceny (wzmacniacz). Tomasz zaproponował kawałek miejsca pod namiot na własnej działce, omówiliśmy szczegóły organizacyjne i umówiliśmy się na termin. Plan był prosty, przyjeżdżam, zostawiam sprzęt, idę się byczyć a potem dostaję do zabawy super graty. Jak to zwykle w życiu, wszystko potoczyło się całkiem inaczej...



Jak widać na powyższym obrazku, Cytryniarz nic nie pozostawia przypadkowi i nawet szyszki ma podłączone odpowiednim kablem do właściwego tego-czegoś. I tak też było z moją wizytą, bo cały plan został przygotowany bez mojej wiedzy, za to zakładał spory mój udział. I tak, rodzina moja oddawała się urokom wypoczynku na Warmii, przy sprzyjającej aurze (na 6 dni pobytu 4 dni lało, 1 dzień padało po prostu, a dzień wyjazdu jak zwykle świeciło słońce), natomiast my dwaj zamknęliśmy się w samotni p. Tomasza i zabraliśmy się do pracy. Przez te 5 dni (a tak naprawdę 4ry, bo 5ty to tylko słuchanie), zrobiliśmy naprawdę sporo, bo ja spaliłem 3 paczki fajek, wypiłem z 20 piw, zjadłem 3 kg mięsa i kilka wafli ryżowych, natomiast Cytryniarz głównie pił herbatę i kręcił sobie szlugi wg. starodawnej metody "na skręta". Przy okazji co jakiś czas pyknął lutownicą jakiś drucik, coś tam powkręcał, coś poucinał i na koniec, jak w dobrej kreskówce powstał on: Sabre TubeDAC :)



Przez ten cały czas żywo dyskutowaliśmy, dzięki czemu dowiedziałem się skąd się wzięło Citrone, dlaczego Cytryniarz przesiedział pod kamieniem 20 lat budując sprzęty, dlaczego nie należy olewać reaktancji i takie tam nikomu niepotrzebne bzdury. Ale dowiedziałem się również, że Tomasz na lampizacji się zna, że ma zlampizowane nawet radio w kuchni, a jakby mógł to zlampizował by nawet audio w samochodzie. Skąd wiem, że się na tym zna? Ano świerszcze mi wyświerszczyły w nocy. Ale też wszystko co mówił i co robił miało bezpośrednie przełożenie na brzmienie. Zupełnie inaczej niż u niektórych DIYerów, których zdążyłem poznać, u p. Tomasza, jak coś było gotowe to było. Jak coś trzeba było rozjaśnić, to metoda była perfekcyjna w 100% i nie wymagała korekt. W drugą stronę również. I tak udało się poprawić Cayina, co wymagało nie lada cierpliwości, bo Chiński projekt, jakkolwiek dobry, nie zakłada postępu dłobaczo-DiYerskiego. Faktem jest, że teraz, choćbym chciał to do grania Cayinowego przyczepić się nie mogę. 



Poza zrobieniem najgenialszego DAC'a jakiego słyszałem i poprawieniu Cayina w sposób o którym nie spodziewałem się, że się da, Tomasz pokazał mi jeszcze jak należy tuningować kolumny, żeby grały. Finał zabawy jest taki, że wróciłem do domu, z kompletnie nieplanowanymi, za to genialnie grającymi kolumnami Grundig, które po przyjeździe do domu, zamiast na podstawkach wylądowały u mnie na biurku, zastępując mi pierdzifony, które kiedyś uważałem za hajend...Musiałem być na niezłym haju.



Na koniec dowiedziałem się, że i mój wzmacniacz "coś tam potrafi" i że "jak na tranzystor to może być". Mam wysłać płytki z polutowanymi elementami, więc pewnie długo pojawi się nowa wersja FCL'a, tym razem z lampizacją Citrone w stopniu pierwotnym i tym samym p. Tomasz całkowicie wybije mi z głowy zabawy z lutownicą. Nie mam nic przeciwko temu, ponieważ, jak pewnie niektórzy pamiętają, zabrałem się za to, bo nikt nie chciał zrobić tego co było mi potrzebne wg. moich wytycznych. Musiałem więc sam się tym zająć. Teraz jak widać już nie muszę, bo jest ktoś, kto nie dość, że robi to lepiej, to jeszcze dokładnie tak jest potrzeba. 



Poza samymi zabawami z lutownicą, zdarzyło nam się wyjść połapać ryby (a raczej mikrusy), co zostały uwiecznione na rycinie rencami mojej małżonki. Mimo tych krótkich przerw w pracy właściwej udało się dojechać do szczęśliwego końca wycieczki. Nie spodziewałem się aż takich atrakcji, tak samo jak odpływu gotówki. Jakkolwiek usługi Tomasza drogie nie są, 6 dni po 16 godzin pracy, trochę mnie kosztowało. Nie żałuję jednak ani grosza jaki poszedł na zabawę.

Jeśli kogoś interesowały by ceny, to musi się już dowiadywać u źródła. Ja wiem ,że za te usługi u innych macherów płaci się sporo więcej. Naprawdę wóz siana więcej...